O polskich debatach historycznych krytycznie

Trudno nie odnieść wrażenia, że polska polityka historyczna to jedna z najbardziej zideologizowanych kwestii w dyskursie publicznym. Sytuacja ta owocuje przeoczeniem całego szeregu ważnych kwestii, które wymagają refleksji, a które mogłyby zostać przedyskutowane w toku debaty o polityce historycznej. Znak, 9(616)/2006



Z drugiej strony trudno na razie ocenić skalę i skutki nowych akcentów w strategii wobec przeszłości. Ogląd sprawy zaciemnia dodatkowo zauważalny zwrot w polityce zagranicznej po wyborach oraz dobre oceny większości posunięć nowego prezydenta w tym zakresie (tekst powstał w maju 2006 r. - przyp.). O tyle ma to znaczenie w odniesieniu do polityki historycznej, iż postulat jej odnowienia może być traktowany jako swoista ideowa podbudowa działań w zakresie polityki zagranicznej. Czy jest to świadectwo wycofania się z części przedwyborczego programu czy też niespodziewane pozytywne skutki zmiany podejścia do historii narodowej – trudno dziś ocenić. Jedno nie ulega kwestii, iż oceniając pozytywnie działania nowej władzy na arenie międzynarodowej, trudniej jednocześnie odnosić się krytycznie do postulatów nowej polityki historycznej.

Przyglądając się dotychczasowej dyskusji nad polską polityką historyczną, trudno nie odnieść wrażenia, że jest to jedna z najbardziej zideologizowanych kwestii w dyskursie publicznym: wyrażane poglądy są wyraźnie zależne od opcji politycznej zabierających głos w dyskusji. W związku z tym bardzo szybko można dziś odgadnąć sympatie polityczne zabierających głos w dyskusji nad polityką historyczną i z dużą dozą prawdopodobieństwa przewidzieć dobór wykorzystywanych w dyskusji argumentów. Świadectw natomiast tonowania swoich przekonań, uwzględniania racji inaczej myślących, tak po jednej, jak i po drugiej stronie, raczej nie widać. Sytuacja ta owocuje przeoczeniem całego szeregu ważnych kwestii, które wymagają refleksji, a które mogłyby zostać przedyskutowane w toku debaty o polityce historycznej. Kwestii, które można by nazwać esencjalnymi.

Jedną z nich jest problem możliwości i środków wpływania na stan świadomości historycznej społeczeństwa. Dotychczas problem ten został sprowadzony do alternatywy: prowadzić politykę historyczną czy uznać wezwania do jej zainicjowania za propagandowe próby kształtowania świadomości społecznej w celu powiększenia zakresu sprawowanej władzy politycznej. Przy takiej optyce debata ta sprowadzana jest do walki czy wojny o kulturę. Stosowanie militarnej metaforyki nie przyczynia się do rozwiązania żadnego z istniejących problemów, zamiast tego prowadząc do „okopywania się” na swoich pozycjach przez strony zabierające głos w debacie. Cóż bowiem oznacza „walka o kulturę”? „Walka o kulturę” to próba opanowania dziedziny życia społecznego przez czynniki polityczne, która to dziedzina winna w demokratycznym państwie cieszyć się absolutną wolnością. Trudno rozstrzygnąć, czy takie zdefiniowanie wyjściowej sytuacji wynika z nieelastyczności liberalnie nastawionej większości elit intelektualnych i artystycznych czy też z nieudolności prób wprowadzenia do dyskursu publicznego pomysłów prowadzenia nowej polityki historycznej. Ważne są konsekwencje takiego zdefiniowania. Strona nastawiona liberalnie od początku poczuwa się do konieczności obrony zdobyczy 15 lat demokracji w Polsce, ze szczególnym uwzględnieniem wolności twórczej. Strona promująca konieczność prowadzenia określonej polityki historycznej natomiast utwierdza się w przekonaniu o istnieniu w Polsce zmowy liberalnych elit, nie dopuszczających do otwartej dyskusji na temat pryncypiów i zmuszającej do podejmowania działań nie do zaakceptowania w demokracji parlamentarnej. W rezultacie pytanie o środki i celowość wpływania na stan świadomości historycznej pozostaje niepodjęte, a istota dyskusji zostaje przeniesiona na teren, który nie może zaowocować wypracowaniem interesujących konkluzji. Argumenty używane w dyskusji, która zaczyna przypominać monologi przekonanych o swej słuszności stron, nie wykraczają poza zakres argumentów używanych w debacie o wydarzeniach w Jedwabnem, a nawet stanowią ich uproszczenie. O ile jednak w tamtym przypadku debata miała szansę poruszyć szersze kręgi choćby przedstawicieli inteligencji, to teraz tak prowadzona dyskusja poruszyć nie jest w stanie nikogo poza jej uczestnikami, a i to zaangażowanie przybierać może jedynie formę liberalnego oburzenia lub konserwatywnego poczucia zamknięcia w oblężonej twierdzy. Atak z jednej strony, przybierający postać pomysłu powołania kolejnej instytucji kontrolnej, pociąga za sobą obronę z drugiej strony polegającą na porównaniu owego pomysłu z działaniami właściwymi dla poprzedniego ustroju. Wtrącenie w ramy pojęciowe nijak nie odpowiadające istocie sporu, utwierdza z kolei w przekonaniu o braku możliwości wprowadzenia swych pomysłów w dialogu z tymi, którzy służyć powinni za medium w osiąganiu zamierzonych rezultatów. Debata o polityce historycznej przeradza się w rezultacie w swego rodzaju działania wojenne, w ramach których bronią przestaje być merytoryczny argument, a zaczyna być list protestacyjny, ostracyzm środowiskowy lub mający charakter odwetu wobec określonej warstwy społecznej projekt zmian podatkowych. Tymczasem pytania, jak poradzić sobie z negatywnym dziedzictwem propagandy komunistycznej, jak przeciwdziałać spłycaniu świadomości historycznej przez media kierujące się wskaźnikami oglądalności oraz jak promować na zewnątrz wizerunek państwa polskiego nie budzący fałszywych lub jednostronnych skojarzeń, pozostają bez odpowiedzi.

***


Bartosz Korzeniewski - adiunkt w Instytucie Zachodnim w Poznaniu. Zajmuje się problematyką pamięci zbiorowej, publikuje m.in. w „Przeglądzie Politycznym”, „Tekstach Drugich”, „Kulturze Współczesnej”, „Przeglądzie Zachodnim”.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama