Moc truchleje

W centrum tego świata – który choć na parę godzin objawia się nam w wigilię Bożego Narodzenia – jest kobieta. Żona, matka, babcia, siostra, narzeczona. Ona przynosi łagodność i nawet jeśli nie pojednanie, to przynajmniej jego złudę. Znak, 12/2008



W tym krótkim dialogu mieści się cała prawda o uśmiechniętej Azji Południowo-Wschodniej w czasach globalizacji. I chyba – wbrew pozorom – jest to prawda krzepiąca. Bożonarodzeniowa i noworoczna tradycja rozpowszechniła się zwłaszcza wśród miejscowych Chińczyków, którym spodobały się prezenty pod choinką; więc choć hucznie obchodzony chiński Nowy Rok przypada kilka tygodni później (tajski Nowy Rok dopiero w kwietniu) obdarowują już wcześniej rodziców i starszych.

Pomyślałby kto, że katolickie Filipiny obchodzą Boże Narodzenie tak samo jak my. Nieprawda. Choinek tu prawie nie ma, zresztą za drogie byłoby ich sprowadzanie na ten archipelag, w Tajlandii przecież rosną w obfitości w górach na północy. Za to już na kilkanaście dni przed świętami wszystkie wyspy roją się od świateł papierowych lampionów: chińska umiejętność ich konstruowania zlała się z miejscową wersją katolicyzmu znacznie bardziej emocjonalną niż to, do czego przywykliśmy.

Jakież to wspaniałe światła, klejone pracowicie przez kobiety i dzieciaki albo kupowane w lokalnym sklepiku: pełne kolorów, wielopiętrowe, ogoniaste, ni to lampy, ni smoki, ni latawce. Pełna slumsów, dramatyczna w swych kontrastach, choć też strzelająca w niebo wieżowcami Manila przybiera w te noce inny, bajkowy i bardziej zachęcający kształt.

W Nowym Jorku największym problemem jest karp. Po prostu taka ryba, choć żyje tu i ówdzie w jeziorach lub nieczynnych kanałach, nie jest uważana za jadalną. Handlują nią tylko rosyjscy Żydzi w tej fascynującej „małej Odessie”, jaką jest dzielnica Brighton Beach w południowym Brooklynie. Nie inaczej z grzybami; wszystko prócz pieczarek uznano za trujące i obrzydliwe. Ale najważniejszy jest festiwal zakupów i tylko on jest traktowany naprawdę poważnie, bo stanowi najlepszą w roku okazję do pozbycia się zapasów i zapełnienia kasy.

Zaczyna się już w końcu listopada przed Dniem Dziękczynienia: to właśnie wtedy – a nie w Wigilię – amerykańskie rodziny na pamiątkę pierwszych osadników powinny zgromadzić się przy wspólnym stole i skonsumować pieczonego indyka, dziękując Bogu za mijający rok. Potem handlowy festiwal trwa przez żydowską Chanukę, którą zresztą przeciętny, wielkomiejski Amerykanin coraz mniej odróżnia od jakiegoś tam Christmas. W wielu domach chanukowy świecznik harmonijnie sąsiaduje w oknie z oświetloną choinką.

Święta mijają zresztą prawie niezauważone, nie ma tradycji postnej wigilii, wsuwa się befsztyk, w ostateczności łososia z grilla. Nasz drugi dzień świąt to – tak jak w większości krajów – zwykły dzień roboczy. Zaraz po Nowym Roku choinki lądują na ulicy, gdzie zajmują się nimi śmieciarze, w dużym procencie zresztą Polacy. Festiwal skończony, powraca normalne życie.

Świat woła o sens

Co skłania ludzi różnych krajów, ras, kultur, wierzeń i tradycji do szukania wspólnoty? Dlaczego tak chętnie przejmują cudzą tradycję gromadzenia się wśród bliskich, obdarowywania ich drobnym prezentem i dobrym słowem, wypełniają ją swoją treścią, wprowadzają do niej swoje duszki, bożków i zwyczaje?

Według nieprzejednanych, acz – moim zdaniem – powierzchownych krytyków, globalizacja jest eksplozją ponadnarodowej chciwości, sprowadza się do tuczenia bogatych, pauperyzacji biednych. Może tak też bywa, ale dzień Bożego Narodzenia w świecie tak różnych, ale w ostatecznym rachunku bliskich sobie ludzi pokazuje, że jest jeszcze coś więcej; nawet tam, gdzie nie wiedzą, jaki Bóg tego dnia się rodzi i po co.

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama