O potrzebie szaleństwa, czyli Pan Bóg nie stworzył świata dla porządnych ludzi

Taka świętość, która kojarzy się z byciem grzecznym, ma więcej wspólnego z mieszczańskim uporządkowaniem niż z Bogiem. Jej ideał wygląda mniej więcej tak: jestem porządny, nie piję, nie palę, rozmnażam się (przez pączkowanie oczywiście) i mam napisane na drzwiach: Płacę na Caritas, ubogich nie przyjmuję. List, 7-8/2008



Za jednego z pierwszych Bożych szaleńców można chyba uznać proroka Ozeasza. On, Boży człowiek, ożenił się z prostytutką i mimo że ciągle go zdradzała, pozostał z nią. Czego Bóg może od nas żądać? Czy istnieje jakaś miara szaleństwa dla Boga?

Nie wiem. Bóg przemawia do każdego z nas indywidualnie, ale nigdy na zasadzie: „Ty będziesz szaleńcem! Rób to i to". On nigdy do niczego nie zmusza, mówi tylko: „Wypełniaj to, co jest twoim powołaniem". Odpowiedź na to wezwanie to osobista sprawa każdego z nas.

Użyte w odniesieniu do Ozeasza określenie „szaleniec" pochodzi od ludzi, którzy patrzą na to zjawisko z zewnątrz, do końca go nie rozumiejąc. Iluż rodziców uważa za szalone swoje dziecko, które decyduje się wstąpić do klasztoru albo na przykład wyjechać do Afryki, żeby służyć trędowatym? Dla takiej osoby jest to jak najbardziej rozumne działanie, bo jest odpowiedzią na Boże wezwanie, natomiast tzw. normalni ludzie uznają, że to idiotyczne, bo nie mieści się w normach, którymi rządzi się stado: „Miała być porządną dziewczyną, żyć jak wszyscy, a teraz co tam z nią zrobią". Boży szaleńcy przypominają nam, że do istoty postawy ewangelicznej należy pewien element „kontestacji stada", którego członkowie są posłuszni sobie nawzajem i chcą sobie stworzyć takie miłe, dobre życie - dobre, oczywiście, w banalnym mieszczańskim znaczeniu.

Przypominają się tu słowa pewnej piosenki, w której Bóg mówi do Noego: „wyście to tak po ludzku, po ludzku spartolili (...) utopię waszą utopię". Wychodzi na to, że Bóg, aby ochronić nas przed nami samymi, przed naszą „utopią", zsyła od czasu do czasu takich ludzi, jak na przykład jurodiwi...

Tak. Znakomitym literackim przykładem jest książę Myszkin z powieści „Idiota" Dostojewskiego. Myszkin to ktoś zupełnie inny niż reszta postaci powieści: zaskakuje wszystkich swoim zachowaniem, nie podąża, jak pozostali, za swoimi namiętnościami i potrafi ewangelicznie nadstawić drugi policzek.

Ale Myszkin był też chory, miał epilepsję.

Był chory, to prawda. Ale myślę, że Dostojewski, jako znakomity pisarz, postawił problem choroby Myszkina również dlatego, że chciał zbadać, jak to jest z nim naprawdę. Teologia nie wyklucza możliwości bycia świętym i pojawiania się pewnych incydentów chorobowych. Przykładem jest św. Adam Chmielowski, który przeżył psychiatryczny „incydent", a przecież nie przeszkodziło mu to być świętym. On też był Bożym szaleńcem, przecież stał na progu wielkiej kariery malarskiej, mógł wystawiać w najwspanialszych salonach krajowych i międzynarodowych, ale rzucił to wszystko. Założył brązowy habit tercjarza franciszkańskiego i zaczął służyć pijaczkom i bezdomnym. W tym szaleństwie jest pewien element wyzwania rzuconego światu. Dobrze, że w naszej rozmowie padło imię proroka Ozeasza, bo w byciu Bożym idiotą dostrzegam pewien element prorocki. Prorok nie tylko poucza, ale pokazuje, jak inne może być życie i jak inne może być nastawienie do rzeczywistości, która nas otacza.




«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama