Mój syn chce być księdzem!

Przewodnik Katolicki 17/2010 Przewodnik Katolicki 17/2010

Jeszcze kilkanaście lat temu decyzja syna lub córki o tym, że zamierza wybrać drogę powołania, budziła w rodzinach najczęściej radość. Była powodem do dumy dla całej rodziny.

Ks. Waldemar wspomina, że jego mama również nie była zachwycona jego decyzją o wstąpieniu do seminarium. – Powiem więcej: nie chciała w ogóle ze mną o tym rozmawiać. Tak, jakby nie przyjmowała mojej decyzji do wiadomości. Mimo upływu lat mojej nauki w seminarium, ta sytuacja się nie zmieniała. Dopiero na święcenia mama przyjechała i po uroczystości przyszła z kwiatami, by mi złożyć życzenia. Wtedy powiedziała: dobrze, skoro się już zdecydowałeś na bycie księdzem, to nim bądź, ale spróbuj mi teraz narobić wstydu – opowiada ksiądz.

Zaskakujące reakcje

Jeszcze inny był przypadek ojca Marcina. – Można powiedzieć, że ja troszeczkę oszukałem swoich rodziców. Do końca przekonywałem ich, że wybieram się na studia w Bydgoszczy. Złożyłem nawet papiery. Dopiero na kilka dni przed wyjazdem do klasztoru powiedziałem im, że zdecydowałem się na wstąpienie do klasztoru ojców Oblatów Maryi Niepokalanej. Trudno się dziwić, że byli zaskoczeni, tym bardziej że jest to zakon misyjny – opowiada. Jego zdaniem rodzice i tak znieśli całą sytuację dzielnie. – Tata zniósł to trochę lepiej. Mama nieco gorzej, gdyż przez pierwsze lata seminarium praktycznie mnie nie widywała. Jednak później przywykła do sytuacji, że ma syna w zakonie. Dość powiedzieć, że kiedy po kilku latach również mój młodszy brat zdecydował się wstąpić do naszego zgromadzenia, rodzice nie byli tym faktem jakoś specjalnie zaskoczeni. Jestem pewien, że są z nas dumni – dodaje ojciec Marcin.

Siostra Teresa z Warszawy wspomina, że jej rodzice mieli bardzo duży problem z zaakceptowaniem jej powołania. – Tata jest prawnikiem i zawsze wyobrażał sobie, że córka pójdzie w jego ślady. Mama nie miała jakichś konkretnych zapatrywań na moją przyszłość zawodową, ale myślę, że bardzo chciała, bym założyła rodzinę – opowiada. – W szkolę zawsze dobrze się uczyłam, startowałam w olimpiadach. Dlatego kiedy powiedziałam rodzicom, że wybrałam zakon usłyszałam, że chcę sobie życie zmarnować. Próbowali mnie nakłonić do zmiany decyzji, co się oczywiście nie mogło udać – mówi siostra Teresa. – Kilka lat zajęło im oswojenie się z moją decyzją. Teraz już nie protestują, ale wiem, że w głębi serca nadal żałują, że podjęłam taką decyzję. Nie jest łatwo żyć z taką świadomością – dodaje.

Osobista decyzja

Pani Teresa Burszewska przyznaje, że decyzja jej syna Macieja o pójściu do seminarium była dla niej zaskoczeniem. – Myślałam, że wybierze się na polonistykę. W szkole dużo czytał i pisał wiersze – wspomina. – Kiedy więc po świętach wielkanocnych powiedział mi, że idzie do seminarium, byłam tym nieco zaskoczona. Przyjęłam to jednak z pokorą. Zawsze miałam z Maćkiem takie porozumienie, że to on sam podejmuje najważniejsze decyzje w swoim życiu. Tak było np. kiedy chodziło o wybór szkoły. Dlatego i w tamtej sytuacji nie kwestionowałam w żaden sposób jego decyzji – wyjaśnia. Przyznaje, że pewnym zaskoczeniem była dla niej postawa jej męża. – Mój mąż pochodził z ateistycznej rodziny. Nie był blisko Kościoła. Mimo tego, kiedy Maciek powiedział o swojej decyzji, zaakceptował ją i udzielił mu wsparcia. Pamiętam nawet jego reakcję, kiedy niektórzy nasi znajomi mówili, że szkoda, by tak wesoły i uśmiechnięty człowiek jak Maciek szedł do seminarium. Mąż wówczas odpowiadał: a co to ksiądz nie ma prawa być wesoły – wspomina pani Teresa.

- Mnie samej często zdarza się podobnie reagować. Kiedy słyszę na przykład uwagi: szkoda tego chłopaka, bo mógłby być takim wspaniałym ojcem czy mężem. Gdyby każda matka tak myślała, to seminaria czy zakony musiałby być puste – mówi. Przyznaje, że decyzja jej syna miała wpływ także na jej wiarę. – Muszę wyznać, że zanim Maciek wstąpił do seminarium, moje wiara był po prostu letnia. Jego powołanie pomogło mi ją pogłębić – mówi. 

Według księdza Rysia łatwiej przyjąć decyzję tym rodzicom, którzy sami są głęboko wierzący. - Spore znacznie ma fakt, że kiedyś było więcej rodzin wielodzietnych. Dlatego rodzicom nie przeszkadzało, kiedy jedno z nich wybierało drogę duchowną. Co więcej, był to dla nich powód do dumy – opowiada ks. Ryś. – Dzisiaj, kiedy większość rodzin decyduje się na jedno, góra dwoje dzieci, te sprawy się nieco skomplikowały. Rodzice często przelewają na dziecko wszystkie swoje aspiracje, marzenia i pragnienia. Kiedy okazuje się, że nie zostaną one zrealizowane, często pojawia się rozczarowanie i frustracja – dodaje.

- Zawszę mówię rodzicom, by byli gotowi na przyjęcie każdej decyzji dziecka. Zarówno tej o wstąpieniu do seminarium czy zakonu, jak i np. dotyczącej odejścia z seminarium na piątym roku. Powinni być oparciem dla dziecka – przekonuje ks. Ryś. - Każdą taką decyzję trzeba przyjmować z wiarą. By zobaczyć swojego syna, córkę oczami Pana Boga. Zrozumieć, co Bóg takiego zobaczył w moim dziecku, że chce, by mu w szczególny sposób służyło. Jeśli tak się stanie, to nie będzie żadnych problemów z akceptacją takiej decyzji.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama