Suwnicowa D’Arc

Przewodnik Katolicki 31/2010 Przewodnik Katolicki 31/2010

Mało kto wie, że była sierotą zmuszoną od dzieciństwa do nadludzkiej pracy. Sąsiedzi, którzy po śmierci jej rodziców przyjęli pod swoje skrzydła 10-letnią Anię, uczynili z niej od razu kogoś na kształt darmowej niewolnicy, wykorzystywanej do najcięższych zajęć gospodarskich.

 

To prawda, że w latach 50. portrety przodownicy pracy Anny Walentynowicz wisiały na honorowym miejscu przed gdańską stocznią?

- Tak, mało tego – o Walentynowicz pisała z uznaniem stalinowska prasa. W „Głosie Stoczniowca” na pierwszej stronie pokazywano jej zdjęcie z informacją, że spawaczka Walentynowicz jest wzorem wszystkich proletariuszy i ludzi dobrej roboty. Znalazła  się tam również wzmianka o tym, że Anna Walentynowicz dedykuje swoje 273 procent normy zjazdowi PZPR.

Początki trochę podobne do filmowego Mateusza Birkuta z „Człowieka z żelaza”…

- Ona także zaczynała od autentycznej wiary w hasła komunizmu, który wydawał jej się ustrojem wyzwalającym z biedy i dającym jakąś nadzieję na przyzwoite życie. Stąd wzięła się jej działalność w ZMP - co prawda krótka, bo zaledwie ośmiomiesięczna - a nawet wyjazd do Berlina w 1951 r. na zjazd stalinowskiej młodzieży z całego świata.

Do PZPR nie zapisała się jednak nigdy…

- Bo przez całe życie była osobą głęboko wierzącą. A w partii najbardziej raziły ją hasła walki z Kościołem. Szybko zresztą straciła złudzenia co do prawdziwej istoty ustroju komunistycznego. Z chwilą zaś, kiedy dowiedziała się o powstaniu w Trójmieście zorganizowanego ruchu antykomunistycznego, nie wahała się ani chwili, wstępując doń jako jedna z pierwszych osób.

Po drodze był jednak jeszcze Grudzień 1970 roku…

- Ta data jest oczywiście niezwykle ważna i dla świadomości Anny Walentynowicz, i w ogóle dla samoświadomości wszystkich robotników i mieszkańców Trójmiasta. Bez Grudnia żadną miarą nie da się bowiem zrozumieć Trójmiasta. Była pod „Reichstagiem” – czyli pod siedzibą wojewódzką PZPR – która spłonęła 15 grudnia 1970 r. Brała udział w manifestacjach i strajku w stoczni. W jej życiorysie skupiają się więc wszystkie najważniejsze cezury PRL-u, tak jak ona sama jest przyczynkiem do zbiorowego portretu polskich robotników.

Skąd w Annie Walentynowicz taka niezwykła mieszanka twardości, odwagi i wrażliwości na ludzką krzywdę?

- Mało kto wie, że była sierotą zmuszoną od dzieciństwa do nadludzkiej pracy. Sąsiedzi, którzy po śmierci jej rodziców przyjęli pod swoje skrzydła 10-letnią Anię, uczynili z niej od razu kogoś na kształt darmowej niewolnicy, wykorzystywanej do najcięższych zajęć gospodarskich. Nie była ani syta, ani dobrze odziana, nie mogła spożywać posiłków z „państwem”, nade wszystko zaś brakowało jej choćby odrobiny rodzinnego ciepła. W swoich pamiętnikach w dramatyczny sposób opisała tamte lata, bicie za najmniejsze uchybienie, samotność i święta Bożego Narodzenia, które musiała spędzać w oborze razem ze zwierzętami.

W 1945 r. gospodarze, u których posługiwała, przenieśli się z Wołynia pod Warszawę, a następnie pod Gdańsk. Krótko potem Anna uciekła od nich i zatrudniła się, najpierw w fabryce margaryny, a potem w 1950 r. w Stoczni Gdańskiej. Komunizm był dla niej wówczas taką naturalną możliwością wyzwolenia się z niewoli. Propagandowe hasła wydały jej się autentyczne i ona w nie na początku rzeczywiście uwierzyła.

Tak samo jak w hasła z plakatów: „Młodzież buduje okręty”. Ale realia pracy spawacza w klaustrofobicznym kadłubie okrętowym wyglądały zupełnie inaczej: egipskie ciemności, trujące opary i ciągłe poparzenia…

 - W takich warunkach przepracowała 16 lat, po czym zdiagnozowano u niej żelażycę, na którą dość powszechnie zapadali spawacze w Stoczni Gdańskiej (na tę chorobę zmarł zresztą w 1971 r. jej mąż, Kazimierz Walentynowicz). W ślad za tym przyszła choroba nowotworowa i poważna operacja onkologiczna. Po niej złożyła wniosek o przeniesienie na suwnicę. Została operatorem urządzeń dźwigowych, którym pozostała aż do przymusowej emerytury.

Suwnicowa Anna Walentynowicz – taką właśnie poznał ją świat… Bardzo szybko „laurkę” wystawiła jej także SB: „niepokorna, nieprzekupna, bezkompromisowa”- możemy przeczytać w esbeckich teczkach z tamtego okresu…

-  Ona była dla nich groźna, ponieważ zbudowała wokół siebie w stoczni legendę przywódczyni i obrończyni praw robotniczych.  Tak była. I w tym sensie jej przystąpienie do Wolnych Związków Zawodowych zostało ocenione jako wysoce niebezpieczne. Bo ktoś, kto ma autorytet w zakładzie pracy, w którym pracuje prawie 17 tys. osób, może być rzeczywiście groźny dla władzy …

 

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama