Gdzie w tym wszystkim krzyż?

Tygodnik Powszechny 34/2010 Tygodnik Powszechny 34/2010

Prześmiewcza manifestacja pod krzyżem miała sprowadzić spór do absurdu. Kulturowa furtka została otwarta i można się spodziewać więcej tego typu antyreligijnych demonstracji.

 

Krzyż przed Pałacem Prezydenckim nabrał nowych znaczeń. Stał się nie tylko symbolem śmierci i żałoby, nie tylko politycznym zakładnikiem, ale także cezurą w polskiej debacie o miejscu krzyża w przestrzeni publicznej i tzw. świeckości państwa. Tyle że po raz pierwszy w publiczny i otwarty sposób debata ta przybrała prześmiewczą formę happeningu.

Skrajność zachowań obrońców krzyża pod pałacem wywołała skrajne formy wyrażania sprzeciwu wobec niego. Na dramat jednych odpowiedziano śmiechem drugich. I zamiast poważnej rozmowy Polaków otrzymaliśmy religijno-polityczną groteskę.

Requiem dla IV RP

W porozumieniu z 21 lipca czytamy, że „krzyż przed Pałacem Prezydenckim, jako tradycyjny chrześcijański symbol upamiętniania zmarłych, został ustawiony przez harcerzy z różnych organizacji jako inicjatywa oddolna, poryw serca, podczas ich solidarnej służby od chwili katastrofy samolotu pod Smoleńskiem, i służył wspólnej modlitwie ludzi gromadzących się w tym miejscu w dniach żałoby narodowej. Ustawienie krzyża miało charakter spontaniczny i było ściśle związane z atmosferą żałoby narodowej”. Okazuje się, że dzisiaj mało kto już o tym pamięta.

Wybór miejsca był naturalny: w katastrofie zginęli m.in. prezydent Polski z małżonką. Żałoba, która ogarnęła cały kraj, choćby przez wielość pogrzebów, Mszy i uroczystości upamiętniających zmarłych, domagała się miejsca – jakby jednego, zastępczego grobu, przy którym można by się zebrać, by wyrazić swoje żałobne emocje. Żałoba się skończyła, przynajmniej ta oficjalna, narodowa. O wiele trudniej jest z osobistymi żałobami, które wynikają z własnej wrażliwości. Pewnie dla wielu ta żałoba nie skończy się nigdy.

Ale tutaj nie tylko chodzi o żałobę po zmarłych. Chodzi o coś więcej. Dla jednych wydarzenia z 10 kwietnia 2010 r. – choć trudne i tragiczne – są ostatecznie tylko smutnym wydarzeniem naszej historii, po którym trzeba przewrócić kartę, zgodnie z zasadą – pamiętać o przeszłości, żyć teraźniejszością i przyszłością Polski. Dla drugich to istne Requiem dla Polski, dla jej konkretnego projektu – Requiem dla IV Rzeczypospolitej. Ci, którzy lansują tę wizję, jakby zapomnieli, że wśród tych, co zginęli, byli nie tylko zwolennicy tej wizji, ale także ci, którym była ona obca.

I tak oto śmierć staje się nowym mitem założycielskim. Dla zwolenników tego mitu, u jego początku nie jest przecież zwykła śmierć, chciałoby się powiedzieć – śmierć banalna, lecz śmierć, która wybrała nie tylko czas i miejsce, ale – być może – także formę. To była śmierć na posterunku pracy, a może nawet – jak chcieliby niektórzy – na polu chwały, stąd hasła typu „Drugi Katyń” czy „Katyń 2010”. Trudno się dziwić, że hasła te spotykają się z protestami członków Stowarzyszenia Rodzin Katyńskich. Dolnośląscy członkowie stowarzyszenia w liście otwartym sprzeciwiają się utożsamianiu zbrodni katyńskiej z 1940 r. z katastrofą Tu-154 M pod Smoleńskiem. „Nie może być tak, że lata walki i traumy katyńskiej przywłaszczają sobie inni w celach politycznych, osobistych czy ambicjonalnych” – mówiła „Gazecie Wyborczej” Izabela Sariusz-Skąpska, córka prezesa zarządu Federacji Rodzin Katyńskich, który zginął w kwietniowej katastrofie. Ale przeciw głosowi historycznego rozsądku padają podejrzenia, że „to przecież Ruscy przygotowali kwietniowy zamach, szykując tym samym podzwonne dla zbrodni Stalina”. To już nie faktograficzna, ale historiozoficzna koncepcja.

Ostatnia reduta

A gdzie w tym wszystkim krzyż? „Krzyż – jak napisali biskupi w oświadczeniu – który jest znakiem bezgranicznej miłości Boga do człowieka oraz ustawicznym wołaniem o jedność i miłość wśród ludzi, stał się narzędziem politycznego przetargu i niemym świadkiem słów pełnych nienawiści i zacietrzewienia”. Krzyż stał się niczym innym, jak „narzędziem w sporze politycznym”, „zakładnikiem” partyjnego interesu. Nikt – prócz Kościoła – nie martwi się jego losem. Harcerze usunęli się w cień, mając świadomość, że logika ich argumentów nie może się przebić przez emocje rozbudzane pod Pałacem Prezydenckim.

Nie, krzyż smoleński nie stał się linią demarkacyjną między wierzącymi a niewierzącymi. Przecież przeniesienia krzyża do kościoła św. Anny chcą także polscy hierarchowie. Wierzących i praktykujących katolików jest też niemało, jeśli nie większość, wśród tych, którzy uważają, iż godniejszym miejscem dla krzyża będzie kościół, a nie ulica, na której coraz bardziej przestaje on być znakiem miłości do Chrystusa, a staje się znakiem podziału. Los krzyża – niestety – dzielą także ci, którzy zbierają się tam na modlitwę. „Modlącym się pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu – apelują biskupi – zwracamy uwagę, że w zaistniałej sytuacji stają się, mimo swej najlepszej woli, politycznym punktem przetargowym stron konfliktu”. Tych polityków, którzy są zwolennikami przeniesienia krzyża do kościoła, oskarża się już nie o walkę z religią, lecz o chęć umniejszania wymiaru tragedii, a nawet wymazania pamięci o zmarłym prezydencie i o tej Polsce, której był ucieleśnieniem.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama