Dlaczego warto nie czytać Jamesa Joyce’a

Przegląd Powszechny 7-8/2010 Przegląd Powszechny 7-8/2010

Wielu z nas słyszało w latach szkolnych: „Ten, kto nie czytał X, powinien się wstydzić” albo „Każdy Polak powinien znać X”. Co za „ten” i co za „każdy”? Nie ma na świecie książki, którą trzeba przeczytać np. z racji przynależności do jakiejś wspólnoty kulturowej.

 

Właśnie przekonanie o silnym uzależnieniu wartości literatury od życia wewnętrznego skłania mnie do tezy, że mentorski ton kultury w wypowiedziach o tym, „co wypada czytać każdemu kulturalnemu człowiekowi”, wydaje mi się wysoce niekulturalny, bo zapoznaje podstawową funkcję literatury jako takiej i na dodatek narusza granice prywatności. Literatura ma szansę być piękna i ważna, jeśli sami czujemy, jak dobrze jest – nomen omen – wpisana w nasz los, jak współgra z fantazją i rozmawia z nami jakimś tajemniczym językiem. Wyobraźmy sobie, że chodzimy po ulubionej bibliotece osiedlowej w poszukiwaniu książki na najbliższe dni; nagle podchodzi bibliotekarz, chwyta nas za rękaw i prowadzi do regałów wypełnionych zaległymi lekturami obowiązkowymi. Cóż, czy nie należałoby – wbrew bibliotekarzowi – poświęcić np. „Syzyfowych prac” dla „Podróżnego i światła księżyca”, dla takiej powieści, którą utracilibyśmy, gdyby nie przypadek, bo kto z nas z rozmysłem zaznajamia się z literaturą węgierską? Jeśli już zasłużyliśmy sobie na opuszczenie klasy albo też wymknęliśmy się z niej chyłkiem, to może nie warto zachowywać się jak uczeń przed klasówką? Zgoda: wypełnia nas radość, kiedy nowo poznana osoba ma za sobą te same lektury i możemy dzielić się wrażeniami. Ale przyjemność płynie także z tego, że znamy książkę, której ktoś inny nie zna i którą możemy mu opowiedzieć. Pewnych tytułów wypada sobie odmawiać bez poczucia straty, skoro dzięki temu możemy pielęgnować swoją odrębność.

***

Jeszcze w oknie wystawy dostrzegłeś okładkę z poszukiwanym tytułem. Podążając tym widocznym tropem, utorowałeś sobie drogę przez zwarte zasieki Książek Nigdy Nie Przeczytanych, które spoglądały na Ciebie ponuro z księgarskich stołów i półek, usiłując cię onieśmielić. Lecz ty wiesz, że nie powinieneś dać się zbić z tropu, że pośród nich rozciągają się całe hektary Książek Których Równie Dobrze Możesz Nie Czytać, Książek Przeznaczonych Do Innych Celów Niż Lektura, Książek Przeczytanych Zanim Je Otwarto Gdyż Należą Do Kategorii Tych, Co Zostały Przeczytane Jeszcze Przed Napisaniem. Pokonujesz pierwszy obwód przedmurza i oto rusza na ciebie piechota Książek Które Z Pewnością Byś Przeczytał Gdybyś Miał Przed Sobą Więcej Niż Jedno Życie Ale Niestety Dni Ci Przeznaczonych Jest Tyle, Ile Jest. Itd., itd. (Italo Calvino, „Jeśli zimową nocą podróżny”).

W kulturze, która wydaje ogromną liczbę książek, przymus czytania wygląda irracjonalnie. Wiadomo, że poznanie wszystkich jest poza możliwościami i – w większości przypadków – poza zainteresowaniami zwykłego czytelnika. Oczywiście, część książek pisze się nie po to, by je przeczytano, ale po to, by je wydano. Są też jednak tomy rzeczywiście czekające na swojego odbiorcę – tomy, które zostaną odkryte albo nie. Kiedy myślę o tym zalewie literatury, to sens istnienia tylu tytułów widzę w zabawie (w zabawie na poważnie) przypominającej ciągnięcie losów: czasem trafi się szczęśliwy, innym razem nie. Podstawowe reguły: olbrzymia większość książek pozostanie dla nas zagadką i nie warto się tym przejmować; to, który los zechcemy wyciągnąć, zależy przede wszystkim od naszych potrzeb, wiedzy, intuicji. Gdybyśmy chcieli zbyt gorliwie odrobić najpierw pracę domową (setki, setki książek), niewiele zostałoby nam czasu na wolny wybór, który przecież wysoko cenimy.

Literaturoznawcy dokuczają sobie nieraz obliczeniami Renégo Etiemble’a: Przeprowadźmy pewien rachunek: weźmy pięćdziesiąt lat życia bez dnia choroby ani wypoczynku, czyli 18 262 dni. Odliczywszy skrupulatnie godziny przeznaczone na sen, posiłki, obowiązki i przyjemności życiowe oraz pracę zawodową, oszacujcie czas, jaki wam pozostaje na przeczytanie arcydzieł tylko w tym celu, by się pobieżnie zorientować, czym właściwie jest literatura. Z nadmierną hojnością przyznaję wam przywilej przeczytania codziennie – dzień w dzień – jednej bardzo pięknej książki spośród tych, które są wam dostępne w waszym języku i w językach obcych, jakimi władacie, bądź w oryginale, bądź w tłumaczeniu. (…) W stosunku do liczby bardzo pięknych książek, które istnieją, czymże są 18 262 tytuły? Nędzą. Zamiast dziwić się, że ktoś nie przeczytał jakiejś książki, lepiej chyba zastanowić się, co zajęło miejsce „Imienia róży” czy „Pani Bovary. Jeśli darowane nam będzie jeszcze co najmniej jedno życie, niektóre „zaległości” uda się pewnie odrobić.

Tymczasem nieliczenie się z możliwościami czasowymi, percepcyjnymi i pamięciowymi czytelnika dowodzi jedynie zniewolenia przez kulturę, która pod groźbą wykluczenia ze wspólnoty symbolicznej zmusza do nieustannego wyścigu z innymi i z sobą samym; zmusza też do milczenia tam, gdzie właśnie rozmowa stanowi wartość najwyższą. Należałoby więc, jak sądzę, zapomnieć o prześladowczej formule: „Każdy kulturalny człowiek powinien przeczytać…” Widać to jeszcze wyraźniej, kiedy zastanowimy się nad tym, jak wiele istnieje rodzajów czytania i nieczytania (vide: esej Bayarda). Nawet jeśli sądzimy, że udało nam się osiągnąć ideał lektury, to znaczy przeczytać książkę od początku do końca w niesłabnącym skupieniu, jeśli robiliśmy skrupulatne notatki na marginesie i potem wiele razy wracaliśmy myślą do tego utworu – to cóż poradzimy na niedostatki pamięci, które może sprawią kiedyś, że po idealnej lekturze pozostanie mgliste wspomnienie i, jak to się nieraz mówi, ogólne wrażenie. Widocznie tak musi być; a i to cenne, że wspomnienie dawnej lektury sprawia nam przyjemność.

 

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama