Szpilek nigdzie nie wbijam

Przewodnik Katolicki 44/2010 Przewodnik Katolicki 44/2010

Mam, niestety, mocno ugruntowane wyobrażenie, że kiedy rozpoczyna się kampania samorządowa, to gdzieś tam w Warszawie partyjni sztabowcy siedzą przy ogromnym stole i wbijają szpileczki w mapę miasta: o, tu mamy swojego, tam mamy swojego, a tutaj jeszcze nie. Przy takim podejściu nie liczą się jednak sprawy ważne dla społeczności lokalnej, a jedynie wygranie kolejnego boju o strefy politycznych wpływów.

 

Panie Prezydencie – to pytanie kieruję do wytrawnego praktyka – na czym właściwie polega istota samorządowości?

– Na spełnianiu marzeń społeczności lokalnej. Samorząd można oczywiście postrzegać w kategoriach struktur, organizacji czy też instytucji, ale tak naprawdę one są zbudowane wyłącznie po to, by tworzyć rozwiązania na odpowiadające potrzeby i aspiracje społeczności lokalnych. W moim najgłębszym przekonaniu to właśnie samorząd jest polem służby publicznej, realizowanej możliwie blisko obywatela, której podstawowym celem jest wychodzenie mu naprzeciw. Na pewno nie jest to miejsce do uprawiania tzw. wielkiej polityki.

Tę opinię wygłasza człowiek, który na co dzień posługuje się hasłem „moja partia to Gdynia”. Rzeczywiście, trudno odbierać to inaczej niż jako jawny manifest samorządowej apolityczności.

– Nie ma w tym stwierdzeniu żadnego przypadku, tak jak przypadkiem nie jest fakt, że partie polityczne niespecjalnie lubią takich apolitycznych kandydatów. Cały czas na politycznych salonach źle widziany jest ktoś, kto wymyka się z takich ram polityki, która uprawiana jest centralnie, troszkę w kategoriach myślenia „nasze armie” i „nasze struktury”.

Mam, niestety, mocno ugruntowane wyobrażenie, że kiedy rozpoczyna się kampania samorządowa, to gdzieś tam w Warszawie partyjni sztabowcy siedzą przy ogromnym stole i wbijają szpileczki w mapę miasta: o, tu mamy swojego, tam mamy swojego, a tutaj jeszcze nie. Przy takim podejściu nie liczą się jednak sprawy ważne dla społeczności lokalnej, a jedynie wygranie kolejnego boju o strefy politycznych wpływów.

Pańskie słowa potwierdzają, niestety, opinię wielu ekspertów bolejących nad przeniesieniem partyjnych wojenek na samorządowe plansze do gry…

– Samorząd traktowany jest bardzo często jedynie jako narzędzie, wprawka, swoista przestrzeń do partyjnych eksperymentów. Młodemu aktywiście partyjnemu mówi się: idź, poćwicz się trochę w samorządzie, a jak się czegoś nauczysz, to wtedy trafisz do prawdziwej, poważnej polityki.

Tymczasem miasto, gmina – obojętnie czy mówimy o stolicy kraju, czy o mikroskopijnej społeczności gminnej – jest wartością i celem samym w sobie. To nie może być środek do celu. Działając w samorządzie, trzeba mieć głębokie przekonanie, że będąc w takim miejscu, należy z całym poczuciem odpowiedzialności realizować potrzeby lokalne – często naprawdę bardzo złożone – i to one są całym sensem tej pracy.

W takim razie, ile godzin spędza w pracy „najlepszy polski prezydent” – według praktycznie wszystkich istniejących samorządowych rankingów?

– Och, to bardzo trudne pytanie. Tak naprawdę, żeby nieźle kierować samorządem, trzeba traktować to jako pasję, przygodę, jako coś, co jest jednym z najważniejszych wyzwań w życiu. I właściwie nie sposób wskazać jednego konkretnego momentu, w którym kończy się pracę. Pomijam już fakt, że mój telefon dzwoni do północy, a niekiedy także w środku nocy, albo że dopiero w domu, kiedy rodzina idzie spać, mogę po cichu, spokojnie usiąść do czytania dokumentów. Mówię przede wszystkim o takim permanentnym myśleniu o wszystkim tym, co jest ważne dla miasta, o nieustannym obserwowaniu jego życia, a także o bardzo istotnej dla mnie formule konsultacji z mieszkańcami. Staram się wykorzystywać naprawdę każdą okazję do rozmowy z gdynianami i poznawania różnych punktów widzenia na konkretne sprawy.

Częściowo odpowiada Pan na moje następne pytanie, związane z rekordowym poparciem wyborczym dla Pańskiej osoby. W 2002 r. otrzymał Pan 77 proc. głosów wyborców, a cztery lata później prawie 86 proc. – to absolutny rekord w metropolitalnej skali kraju. Zdradzi Pan swoją receptę na tak mocny mandat do rządzenia w imieniu gdynian?

– Wszyscy skupiają się na wysokim odsetku wyborczym dla Wojciecha Szczurka, ja jednak chciałbym zwrócić uwagę na inną bardzo ważną kwestię, mianowicie na fakt, że praca w samorządzie jest pracą zespołową. To nie jest fenomen czy kwestia jednego człowieka – choć oczywiście lider ma jakieś tam znaczenie i ja od tego nie uciekam – ale całego zespołu ludzi, wysokiej klasy fachowców, którzy od wielu lat pracują w gdyńskim samorządzie i z którymi łączy mnie tożsama wizja rozwoju naszego miasta. I to oni są tak naprawdę źródłem całego tego sukcesu wyborczego.

Bardzo ważnym elementem, który pozwala skutecznie realizować nasze działania – zarówno te okołopolityczne, jak i inne, wynikające wprost z potrzeb samorządowych – jest możliwość pozapolitycznej formuły współdziałania z większością w radzie miasta. Prawdziwą miarą sukcesu mojego komitetu wyborczego jest więc tak naprawdę obecny podział miejsc w radzie miasta, w której na 28 mandatów aż 19 należy do naszego klubu radnych „Samorządność”.

… a zaledwie dziewięć do partii politycznych.

– Co sprawia, że wszystkie partie polityczne są właściwie w opozycji. Uczestniczą oczywiście w procedurach, zgłaszają swoje pomysły i są elementem takiej naturalnej krytycznej oceny, natomiast ich obecność nie tworzy żadnego przymusu negocjacyjnego. Sprawy miasta załatwiamy bez politycznych targów.

Niestety, w wielu innych miejscach kraju miałem okazję zaobserwować właśnie ową drugą, złą stronę polityki w wymiarze lokalnym: zdominowane politycznie rady, które zamiast pracować dla rozwoju miasta, permanentnie ze sobą negocjują i ugrywają jakieś swoje polityczne sprawy.

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama