Posłuszeństwo

Któż jak Bóg 6/2021 Któż jak Bóg 6/2021

Niedawna decyzja papieża Franciszka, wyrażona w motu proprio Traditionis custodes i odnosząca się do praktycznego zakazu odprawiania starej liturgii rzymskiej, wywołała niemałe kontrowersje, zwłaszcza po bardziej konserwatywnej stronie Kościoła. To dobra okazja do poruszenia innego tematu, który się z tym wiąże i od którego zależy nasze być albo nie być w Kościele.

 

Nie wdając się w dyskusję, czy decyzja papieża Franciszka była słuszna czy nie, warto zastanowić się nad naszą reakcją na motu proprio i w ogóle na inne tego typu działania hierarchii kościelnej. Chodzi o wartość, która bywa czasem kwestionowana, a mianowicie: posłuszeństwo. Jest to temat o tyle istotny, że od zaprzeczenia tej cnocie, czyli nieposłuszeństwa Adama i Ewy, rozpoczęło się całe nasze nieszczęście, które teraz musi być naprawiane przez Boga, bo sami nie jesteśmy w stanie dźwignąć się z upadku. Jest to więc kwestia kluczowa, jeżeli chcemy być dobrymi chrześcijanami.

Niewygodne posłuszeństwo

W dzisiejszych czasach, bardzo naznaczonych indywidualizmem, pomysły, by być komuś posłusznym, są co najmniej podejrzane, jeżeli nie po prostu nie do zaakceptowania. Próbujemy być niezależni od wszystkiego, od czego tylko da się być niezależnym. Jest to oczywiście jakiś przejaw wolności, która sama w sobie jest przecież dobra. Nie ulega jednak wątpliwości, że z wolnością wiąże się – a przynajmniej powinna się wiązać – odpowiedzialność. Odpowiedzialny człowiek to taki, który wie, że oprócz niego na świecie są inne osoby, które zasługują na szacunek, a nawet na naśladowanie czy inspirowanie się nimi. Powściągnie więc swoje zapędy wolnościowe w niektórych obszarach, wiedząc, mogą być one szkodliwe i dla niego, i dla innych.

Odpowiedzialny człowiek wie, że nie jest wszystkowiedzący i potrzebuje autorytetów. Chyba każdy posiada jakieś autorytety, choć nie każdy się do tego przyznaje, bo dziś słowo „autorytet” często bywa opacznie rozumiane. Na pytanie: „Kto jest twoim autorytetem?” wiele osób daje odpowiedź w rodzaju: „Nikt, ponieważ każdy ma jakieś wady i nikt nie jest doskonały i nieomylny. Ja myślę samodzielnie i sam wyciągam wnioski”. Ludzie zakładają więc, że autorytet to ktoś, kto jest moralnie nieskazitelny i doskonały, kto wie wszystko i zawsze postępuje dobrze, a przy tym mamy być mu ślepo i bezdyskusyjnie posłuszni. A autorytet to jednak po prostu ktoś, kto cieszy się szczególnym uznaniem – żeby przywołać poprawną definicję.

Być może jednym z powodów wielu odejść z Kościoła jest kładzenie zbyt dużego nacisku na coś, co nazywamy „osobistą relacją z Chrystusem”. W Piśmie Świętym nie ma mowy o wchodzeniu z Nim w relację (co oczywiście nie oznacza, że nie powinniśmy tego robić). Często popełniamy jednak błąd absolutyzowania własnych doświadczeń, stanów, odczuć, myśli i poglądów związanych z religijnością oraz wiarą tak, że zapominamy, iż należałoby je wszystkie sprawdzać i weryfikować w kontekście nauczania Kościoła i Tradycji. W momencie, gdy instytucjonalny Kościół wskazuje na pewne niebezpieczeństwa związane z naszymi poglądami, wolimy często raczej zrezygnować z Kościoła niż z własnych poglądów. W końcu nikt nie lubi przyznawać, że się mylił.

Posłuszeństwo papieżowi

Jako katolicy jesteśmy zobowiązani do posłuszeństwa Kościołowi i papieżowi. Brzmi to dosyć groźnie, szczególnie gdy wyłożymy tę prawdę osobie w żaden sposób niezwiązanej z katolicyzmem, która w dodatku „nie uznaje autorytetów” i sama siebie uważa za centrum świata i wyznacznik wszystkiego. Niestety również w samym Kościele, wśród osób, które z założenia powinny prawidłowo rozumieć okazywanie posłuszeństwa papieżowi, zasada ta czasem budzi wątpliwości i jest przyjmowana w najlepszym razie z rezerwą.

Przypomnijmy więc, że Katechizm Kościoła Katolickiego pisze, iż „Gdy Kościół przez swój najwyższy Urząd Nauczycielski przedkłada coś do wierzenia jako objawione przez Boga i jako nauczanie Chrystusa, do takich definicji należy przylgnąć posłuszeństwem wiary”. Nie należy jednak sądzić, że papież, jako głowa Kościoła, który jest nieomylny w sprawach wiary i moralności, może ogłosić, co tylko ma ochotę (także w sprawach wiary i moralności), i wierni będą zobowiązani do wiary w to. Jak zauważa Tomasz Rowiński w tekście sprzed kilku lat, zatytułowanym „Nawet Papież powinien być posłuszny”, biskup Rzymu stoi na straży depozytu wiary i jest związany mocą urzędu. Sam więc powinien być, jak głosi tytuł artykułu, posłuszny temu, co zostało nam przekazane poprzez Tradycję. Nawet jeżeli jego prywatne poglądy będą inne, powinien stać na jej straży.

Co jednak robić w przypadku, gdy papież postępuje – jak nam się wydaje – źle, nieodpowiednio, błędnie, szkodliwie? Myślę, że to samo, co powinien zrobić mąż w przypadku niewierności swojej żony (lub żona w przypadku niewierności swojego męża) – być jej (jemu) mimo wszystko wiernym, modlić się o jej (jego) nawrócenie, w miarę możliwości upominać. Krótko mówiąc, kochać. Nie jest sztuką okazywanie wierności, gdy druga osoba robi coś po naszej myśli. Sztuką jest okazywanie wierności, gdy druga osoba robi coś pozornie przeciwko nam. A już w ogóle duchowymi Himalajami jest dochowywanie wierności komuś, kto prawdziwie nam szkodzi.

Wielu świętych uczyło nas takiego podejścia. Na przykład św. o. Pio, któremu przełożeni ograniczyli możliwość odprawiania mszy, spowiadania czy nawet odpisywania na listy, zastosował się do ich woli, traktując ją jak wolę samego Boga.

Najgorsze, co można zrobić…

…to powiedzieć: „Dosyć! Odchodzę, bo ktoś próbuje mnie kneblować”. „Mnie” lub „Pana Boga” — choć najczęściej, gdy ktoś wypowiada takie słowa, pewnie i samozwańczo utożsamia jedno z drugim. Święty o. Pio mógł przecież powiedzieć: „Dostałem wiele darów od Boga, więc nie możecie mnie ograniczać”. I miałby rację! Nie powiedział tak jednak, przez co doskonale zdał test posłuszeństwa. Już choćby z tego możemy wyciągnąć naukę, że w życiu nie chodzi o posiadanie racji lub o to, by moja racja była „najmojsza”.

Często ponad posłuszeństwem stawiamy własne zasługi lub czyny, które miałyby wynagrodzić brak posłuszeństwa tam, gdzie powinniśmy się nim odznaczyć. Wydaje nam się, że jeżeli nie stawimy silnego oporu, to Boża sprawa, którą bohatersko niesiemy, przegra i rozpłynie się w nikomu nieznanych mrokach historii, a wraz z nią przegra Bóg i świat się zawali. Jest to dość ryzykowne podejście, bo zakłada, że Bóg nie czuwa nad Kościołem, że Bóg jest za słaby, by go odnowić czy naprawić, i że bez naszego heroizmu nie będzie w stanie nic zrobić.

Panu Bogu raczej nie zaimponujemy tym, jak długo będziemy umieli wytrzymać na poście, ile nowenn pompejańskich odmówimy w jednym ciągu czy ile książek napiszemy, przekonując w nich, że to wszyscy inni się mylą, a my mamy rację. Za to spodoba Mu się, gdy będziemy ograniczać swoje, oczywiście jedynie słuszne pomysły na naprawę Kościoła, a zamiast tego zdamy się na wolę Boga, który – jeżeli rzeczywiście zadzieje się coś niedobrego – zainterweniuje, ale prędzej poprzez pokornych i posłusznych niż poprzez gwałtownych i buntowniczych.

Może właśnie na tym polega test? Pan Bóg dopuszcza, byśmy stanęli przed alternatywą: być posłusznym komuś, kto wyrządza nam krzywdę, lub w imię jakiegoś dobra buntować się przeciw niemu, niszcząc jedność. Wtedy wiadomo, na kogo można liczyć, kto będzie idealnym „żołnierzem do zadań specjalnych” – jak pokorny i cichy św. Józef, któremu Pan Bóg powierzył najcenniejszy skarb – swojego Syna. Nie od Boga bowiem pochodzą podszepty rozbijania, niszczenia i rozrywania – krótko mówiąc, wypowiadania posłuszeństwa.

Być może tak powinny na całą sytuację z ograniczeniem tak zwanej mszy trydenckiej patrzeć osoby, które są do niej przywiązane, które nią żyją i w niej wzrastają, i dla których motu proprio Traditionis custodes jest ogromnym ciosem.

 

Któż jak Bóg "Któż jak Bóg" 6/2021 - zapowiedź numeru

 

 

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama