Kapłanem nie zostaje się w pojedynkę

Przewodnik Katolicki 26/2011 Przewodnik Katolicki 26/2011

Kiedy przed rokiem dobiegał końca Rok Kapłański, spodziewano się, że jego uroczystą kulminacją będzie ogłoszenie św. Jana Vianneya patronem wszystkich kapłanów. Zapowiadali to wysoko postawieni hierarchowie. Ten papieski akt znalazł się nawet w programie rzymskich uroczystości na zakończenie Roku... Papież zadecydował jednak inaczej.

 

Pod prąd duchowi czasów

Trzeba pamiętać, że powołanie Josepha Ratzingera dojrzewało w mrocznych latach nazizmu. „Moje lata młodzieńcze – zwierzał się kilka lat temu młodym Amerykanom – zostały zniszczone przez złowrogi reżim, który uważał, że posiada wszelkie odpowiedzi; jego wpływ wzrastał, przenikając do szkół i instytucji obywatelskich, jak również do polityki, a nawet do religii, zanim został uznany w całej swej pełni za potwora, którym był w istocie”. Z kolei w liście do seminarzystów przytacza inny epizod, pokazujący, że młody kleryk już wtedy pojmował swą przyszłość w kategoriach posługi poranionemu społeczeństwu: „W grudniu 1944 r., kiedy zostałem powołany do służby wojskowej, dowódca kompanii pytał każdego z nas, w jakim zawodzie chciałby pracować w przyszłości. Odpowiedziałem, że chcę zostać kapłanem katolickim. Podporucznik odparł: No to musi pan poszukać sobie czegoś innego. W nowych Niemczech księży nie będzie potrzeba. Wiedziałem, że to już koniec nowych Niemiec i że po ogromnych zniszczeniach, jakie to szaleństwo spowodowało w całym kraju, bardziej niż kiedykolwiek będą potrzebni kapłani”.

U źródeł kapłańskiego powołania dzisiejszego papieża stały też właściwe dla młodych ideały i aspiracje. W cytowanym już przesłaniu na madryckie spotkanie Benedykt XVI wspomina: „Patrząc w przeszłość, przede wszystkim pamiętam, iż nie chcieliśmy zadowolić się zwyczajnym życiem klasy średniej. Dążyliśmy do większych, nowych idei. Pragnęliśmy odkryć sedno życia, jego wspaniałość i piękno. W dużej mierze postawa ta była wynikiem czasów, w których żyliśmy. Podczas wojny i dyktatury nazistowskiej byliśmy w pewnym sensie stłamszeni przez strukturę władzy dominującej. Chcieliśmy więc wyswobodzić się, by odkryć pełnię możliwości ludzkich”.

W dobrym seminarium

Lata seminaryjne Benedykt XVI wspomina z wielką nostalgią. Jak wyznał pół wieku później swym własnym klerykom w Rzymie, w seminarium spotkał wspaniałych profesorów, wszedł na drogę modlitwy, nauczył się porządku w pracy. Tam również narodziły się jego wielkie intelektualne i duchowe fascynacje: Augustynem i Bonawenturą. Znajdował też czas na poznanie literatury światowej.

Pod koniec formacji seminaryjnej młody Joseph Ratzinger staje przed poważnym dylematem, o którym wspomniałem już na wstępie. Być duszpasterzem czy naukowcem? Po skończeniu przedostatniego roku studiów zaproponowano mu udział w konkursie o możliwość podjęcia studiów doktoranckich. Na konkurs trzeba jednak przygotować poważną pracę. Tymczasem w seminarium rozpoczyna się ostatnia prosta przed święceniami, ostatni rok formacji poświęcony duszpasterstwu. Młodemu klerykowi bardzo na tym zależy. Z drugiej strony marzy o kontynuowaniu studiów. Boi się, że dwóm rzeczom nie podoła. Zaniedba przygotowanie duszpasterskie. Ostatecznie jednak podejmuje wyzwanie i wygrywa. Jak później wyzna, było to możliwe dzięki oparciu, jakie znalazł w rodzeństwie. Starszy brat ułatwiał mu życie w seminarium, wyręczał go w niektórych obowiązkach, siostra zaś redagowała i przepisywała na czysto jego pracę. „Kapłanem nie zostaje się w pojedynkę” – napisze później Benedykt XVI.

Dzień święceń

Święcenia kapłańskie otrzymał razem z bratem. 29 czerwca 1951 r. na Świętych Piotra i Pawła. Ks. Georg Ratzinger tak wspomina to wydarzenie: „Był to bardzo radosny dzień. Byliśmy bardzo wzruszeni. Piękna pogoda wprawiła nas w dobry humor. Było nas ponad czterdziestu. Razem przygotowywaliśmy się do święceń. Wszyscy byliśmy zadowoleni, bo oto osiągaliśmy cel, do którego przygotowywaliśmy się przez lata i którego bardzo pragnęliśmy. Teraz miało się to stać. Weszliśmy do katedry Fryzyngi. Jej wielka dzwonnica już wcześnie rano zbudziła całe miasto i stworzyła świąteczną atmosferę”.

Kiedy Benedykt XVI przybył do tej katedry już jako papież w 2006 r., powrócił pamięcią do tamtych wydarzeń. „Gdy leżałem tutaj na posadzce, a dokoła mnie rozlegały się wezwania Litanii do Wszystkich Świętych i byłem jakby objęty wstawiennictwem wszystkich świętych, uświadamiałem sobie, że na tej drodze nie jesteśmy sami, lecz że wielka rzesza świętych idzie razem z nami, a święci żyjący – wierni dnia dzisiejszego i jutrzejszego – wspomagają nas i nam towarzyszą. Potem nadeszła chwila nałożenia rąk, i w końcu, gdy kard. Faulaber zawołał: «Iam non dico vos servos, sed amicos – Już nie nazywam was sługami, lecz przyjaciółmi», doświadczyłem tego, że święcenia kapłańskie włączają mnie we wspólnotę przyjaciół Jezusa”.

Kilka lat wcześniej wspominając swoje święcenia w autobiografii, kard. Ratzinger zwrócił uwagę na inny epizod, a mianowicie na fakt, że w chwili, gdy arcybiskup Fryzyngi nakładał na niego ręce, z głównego ołtarza poderwał się do lotu mały ptaszek i zaczął śpiewać. „Dla mnie – napisał ówczesny prefekt Kongregacji Nauki Wiary ­– był to jakby głos z wysoka, który mi mówił: dobrze, że to się dzieje, jesteś na właściwej drodze”.

Wikary w Monachium

Wspominając genezę 60-letniej już posługi kapłańskiej Josepha Ratzingera, warto wspomnieć jeszcze o jego pierwszej i jedynej jak dotąd pracy na parafii. Zaraz po święceniach jako wikary trafił na rok do burżuazyjnej dzielnicy Monachium. A chociaż w tym czasie powołań jeszcze nie brakowało, wraz z nim zostało wyświęconych ponad 40 seminarzystów, ks. wikarusz Ratzinger musiał pracować wcale nie mniej niż dzisiejsi kapłani w kryzysowych regionach Kościoła: w niedzielę co najmniej dwie Msze z dwiema różnymi homiliami; 16 godzin katechezy w tygodniu; godzina spowiedzi codziennie rano, a w sobotę cztery godziny; ponadto całe duszpasterstwo młodzieży, co tydzień kilka pogrzebów, a okazjonalnie również chrzty i śluby. Słowem, nie kapłan, ale dystrybutor sakramentów – jakby powiedzieli dzisiaj dekonstruktorzy Kościoła masowego. Młody wikary rozumiał to jednak inaczej. Przede wszystkim za sprawą proboszcza, który dał mu wzór kapłańskiego poświęcenia. Sam zmarł kilka lat później, niosąc wiatyk umierającemu.

Tak wyglądały początki kapłaństwa Josepha Ratzingera. Po rocznym doświadczeniu pracy parafialnej dzisiejszy papież w pełni zaangażował się w posługę teologa. Nie oznacza to, że zwykłe duszpasterskie sprawy stały się mu obce. Benedykt XVI chętnie o nich rozmawia, kiedy spotyka się z księżmi. Odpowiadając na ich pytania, z pokorą przyznaje: „wy macie większe doświadczenie”, „jakże miałbym was pouczać”. Ale nie uchyla się od odpowiedzi. Pokazuje tym samym, że duszpasterstwo leży mu na sercu. Ma je dobrze przemyślane. Stara się pomóc swym braciom kapłanom, dzieląc się z nimi swą teologiczną wiedzą i mądrością. Przekonany, że kapłaństwo w każdej swej postaci to w gruncie rzeczy jedna i ta sama rzecz: „iść za prawdą i oddać się jej na służbę”.


 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama