Siedem grzechów głównych

Kazanie nie powinno trwać dłużej niż 12 minut, jeżeli ksiądz nie chce, by jego słuchaczy spotkał los nowotestamentowego Eutycha. W polskim Kościele jednak tak krótkie, przemyślane, płynące z serca kazanie to rzadkość. W drodze, 6/2009



Grzech pierwszy: kazanie sobie, życie (księdza) sobie

Ilu jest kaznodziejów w Polsce? Tylu, ilu księży w parafiach. Do tego trzeba jeszcze doliczyć przyjezdnych misjonarzy, rekolekcjonistów z zagranicy, diakonów głoszących niedzielne kazania… Liczba robi się spora. A tymczasem szkoła dla głoszących słowo Boże jest tylko jedna: Krakowska Szkoła Kaznodziejów. Oczywiście – w każdym seminarium duchownym jest katedra homiletyki, wchodząca najczęściej w skład katedry teologii. Homiletyki, czyli „sztuki układania kazań”. Ale to nie wystarcza.

Młodzi księża wychodzą z seminariów z solidną teoretyczną wiedzą na temat głoszenia słowa Bożego. Ale z praktyką bywa ciężko. – Jeśli miałbym wymieniać grzechy polskich kaznodziejów, to jednym z głównych byłoby nieprzystawanie tego, co się głosi z ambony, do tego, jak się żyje – mówi ks. prof. Wiesław Przyczyna, kierownik studiów dla kaznodziejów w Krakowskiej Szkole Kaznodziejów. – Jest taka zasada wywodząca się od świętego Augustyna: „Karmię was tym, czym sam żyję”. Jeśli ksiądz żyje internetowymi wiadomościami, serialami w telewizji i kolorowymi pismami, to czym może karmić swoich słuchaczy?

Sprawa ma jeszcze inny aspekt: księża nie pogłębiają swego życia duchowego. Żyją tym, co przyniesie net. Nie wszyscy księża, nawet nie większość. Ale wielu. Więc byle co konsumując, byle co „sprzedają” na ambonach.

Jest jeszcze głębszy problem. Jeśli ksiądz głosi, że trzeba być trzeźwym, a sam jest nieleczącym się alkoholikiem (o czym oczywiście cała parafia wie), albo jeśli namawia do Bożego życia z jedną żoną, a tymczasem sam ma kobietę gdzieś na wsi… Fałsz głoszonych nauk, rozdźwięk między słowem wygłaszanym z ambony i życiem jest wtedy nadto widoczny.

Tak było na przykład w pewnej niedużej parafii w środkowej Polsce, skąd na przełomie lat 80. i 90. odeszło dwóch księży. Jeden wikariusz zrzucił sutannę, założył rodzinę i został taksówkarzem. Jeździł po tym samym mieście, w którym nauczał, woził swoich niegdysiejszych parafian, a na pogardliwe „księżulu – do knajpy, ale migiem!” – z czasem przestał reagować.

Drugi kapłan zrzucił sutannę też dla kobiety. Ma prywatny biznes w tym samym mieście, w którym głosił kiedyś natchnione kazania. W efekcie wielu ludzi przestało chodzić do spowiedzi. Ci, którzy chodzą, mają wątpliwości. Klasyczne zgorszenie, nieprzystawalność życia do głoszonych kazań, aż nadto jaskrawa.

Grzech drugi: kazanie sobie, życie (wiernych) sobie

Mała górska parafia. Trafiam do kościoła wypełnionego po brzegi góralami. Ci ludzie mają swoje spokojne, powolne życie: orzą, sieją, zbierają, hodują krowy albo wypasają owce. Tymczasem na ambonce staje młody ksiądz, na oko niedługo po święceniach. I opowiada o zagrożeniach wielkiego współczesnego świata na przykładzie wielkiego miasta: o nocnych klubach z hazardem, narkotykach itp. Mówi niedługo, mądrze. Ale – widzę – ludzie słuchają z grzeczności. Po wyjściu z kościółka słyszę, jak jeden góral mówi do drugiego: „dużo godoł, ale nic nie pedzioł”. Nie ich życie, nie ich problemy.

– Ten grzech – grzech nieprzystawalności głoszonego słowa do życia parafian – zachodzi wtedy, gdy ludzie nie otrzymują podczas kazania odpowiedzi na problemy, które ich nurtują. Odpowiedzi inspirowanych oczywiście Pismem Świętym i nauką Kościoła – podkreśla ks. Przyczyna.

W ten sposób zgrzeszył także „mój” misjonarz z Białorusi. Mówił tak, jakby mówił do całego wszechświata. A zatem nie trafił do nikogo.




«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama