Cierpienie było moją modlitwą

Czuję się tak, jakby dwukrotnie darowano mi nowe życie. Pierwszy raz, kiedy wyszedłem z pożaru. Drugi, kiedy udało mi się przeżyć leczenie – mówi Krzysztof Ziemiec. Idziemy, 21 września 2008



W sobotnie przedpołudnie pukam do państwa Ziemców na warszawskim Ursynowie. Na drzwiach wycięta z papieru tabliczka z numerem mieszkania. Pokolorowana dziecięcą ręką. Otwiera pan Krzysztof. Choć porusza się z trudem, jest pogodny jakby za chwilę miał wejść do telewizyjnego studia, skąd tak dobrze go znamy.

– Tabliczka spaliła się w pożarze – wyjaśnia historię oryginalnego dzieła na drzwiach, autorstwa najstarszej córki, 7-letniej Marianny. Opowiada z taką naturalnością, jakby tamten wypadek nie pozostawił w nim żadnych przykrych wspomnień. – Bardziej się teraz wzruszam – mówi. Trudno mu było opanować łzy, kiedy po powrocie ze szpitala oglądał relację z powstańczych uroczystości na Powązkach. I wtedy, kiedy udało się po raz pierwszy samodzielnie podejść na Mszy do Komunii Świętej.

– Jeszcze nie jestem dość mobilny, po przejściu kilkudziesięciu metrów bolą nogi – nie ukrywa. Niemal przez całą dobę musi nosić specjalny strój, który zapobiega zrastaniu się blizn. – Jest jak ubranko po młodszym bracie – żartuje. Dość opornie się wkłada. Po godzinach zmagań udało mu się dojść do rekordowego czasu 15 minut. Po pięciu ciężkich tygodniach walki o życie w szpitalu, kolejny etap nie mniej trudny: cierpliwego czekania na efekty rehabilitacji. – Czuję się trochę jak czwarte dziecko w domu – mówi pan Krzysztof. Żona Danuta wstaje codziennie o 5.30. Szykuje dzieci do szkoły, a potem jedzie z mężem na rehabilitację.



Pożar pod sufit


– Do wypadku doszło w prozaiczny sposób – opowiada pan Krzysztof. Był gorący, czerwcowy późny wieczór. Dzieci już spały. – Żona pracowała na komputerze. W garnku na gazowej kuchni podgrzewała się parafina. Żona cierpi na alergię. Do złagodzenia podrażnień skóry rąk używa parafiny. Ja brałem kąpiel. Kiedy wyszedłem z łazienki, poczułem dziwny zapach. W korytarzu spostrzegłem łunę. Z garnka wydobywał się płomień na około pół metra. Zaczęliśmy z żoną działać w pośpiechu. Żeby odciąć dostęp powietrza do ognia przykryłem garnek pokrywką, ale ogień – zamiast się zdusić – rozprzestrzenił się jeszcze bardziej. Wybuch wyniósł go aż do sufitu. Zaczęły palić się kuchenne meble. Garnek spadł na podłogę. Nie mogliśmy ugasić płomienia. Wpadałem w płonącą parafinę i ślizgałem się w niej jak na lodowisku. Ogień zaczął się szybko rozprzestrzeniać dalej. Żona pobiegła do dzieci, wzywałem pomocy z balkonu, żona też z drugiego pokoju. Było około 23. Ogień był już w przedpokoju, zajęły się drzwi wejściowe i wykładzina, która miała być niepalna. Płomienie odcięły dostęp do drugiej części mieszkania i sypialni, gdzie spały dzieci. Wszystko trwało sekundy, może minutę. Działaliśmy w pośpiechu i w panice. Próbowałem dusić pożar ręcznikiem. Wtedy jakieś natchnienie przyszło z góry, że muszę otworzyć drzwi wejściowe. Wszedłem w ogień i odblokowałem zamki. Pobiegłem po dzieci, żeby je wyprowadzić na klatkę. Kiedy wychodziliśmy z mieszkania, sąsiedzi ugasili już wodą płonące drzwi. W tym szoku nie odczuwałem bólu. Ręce i nogi miałem zupełnie czarne. Sączyła się krew. Uratowało mnie to, że po wyjściu z łazienki nie miałem na sobie ubrania. Nie zdawałem sobie sprawy z rozległości oparzeń. Pierwsze, co przyszło mi do głowy to myśl, że nie pojedziemy na wakacje. Przez ostatnie 3–4 lata marzyliśmy o wypoczynku nad polskim Bałtykiem. Za kilka dni mieliśmy znaleźć się z dziećmi na wymarzonych wakacjach nad morzem – opowiada pan Krzysztof.



«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama