Mity na temat wspólnoty

Tylko budowanie wspólnoty w perspektywie wiary w Trójjedynego Boga może stawać sie dla chrześcijan odkrywaniem szczęścia, do jakiego został powołany każdy człowiek bez wyjątku i to w chwili stworzenia. Zeszyty Odnowy w Duchu Świętym, 1(70)/2004





Mit trzeci: wspólnota jako życiowy azyl
Czasami do różnego rodzaju wspólnot zgłaszają się ludzie, którzy zaczynają ubiegać się o swoje miejsce we wspólnocie na zasadzie otrzymania azylu. Nie jest to oczywiście azyl polityczny, ale może być nazwany azylem życiowym. W poczuciu tego typu osób, „azylowa wspólnota” ma za nich i bez nich rozwiązywać ich życiowe problemy, usuwać sprzed oczu coraz nowe konflikty, kryzysy i napięcia.

Oczywiście jest to kolejny mit, jaki tworzy się na temat wspólnoty, próbując odnaleźć w jej strukturach coś w rodzaju kozetki psychoanalityka. Niebezpieczeństwo tkwi nie tyle w szukaniu wsparcia we wspólnocie, bo to jest jak najbardziej zdrowy odruch, ile w postawie bierności, pokusie wygodnego wyłożenia się na kozetce i biernego oczekiwania pomocy. Zdrowa wspólnota potrafi nadać człowiekowi dobry kierunek, wesprzeć go w rozwiązywaniu problemów, zmotywować czy podtrzymać w chwili kryzysu, jednak nie może udzielać azylu i proponować cichego i spokojnego „kozetkowego miejsca”.

Każda terapia (a zatem nawet pobyt we wspólnocie o silnym zabarwieniu terapeutycznym) powinien zakończyć się wejściem w życie z odważną gotowością przyjęcie tego wszystkiego, co tam nas oczekuje.

Mit czwarty: wspólnota jako emocjonalny docieplacz
Clive S. Lewis napisał kiedyś, jak zwykle z delikatną ironią w tonie, że nie ma nic groźniejszego jak pokusa zatopienia się w wygodnym i głębokim fotelu, stojącym naprzeciw rozpalonego kominka i ciągłego, błogiego wpatrywania się w wesoło pełgający po polanach ogień. Dokładnie ten sam niebezpieczny mechanizm, kryje się w kolejnym micie na temat wspólnoty. Często zdarza się, że mury wspólnoty wyznaczają granice ciepłego i dobrego (a na pewno lepszego niż rzeczywisty) świata.

Jak bardzo różnią się spotkania wspólnoty odbywające się w atmosferze przygaszonego światła, stonowanego i ciepłego głosu, okraszone wspólnotowymi uśmiechami, uściskami, dobrotliwymi przytaknięciami głową, od tych brutalnych spotkań czekających na nas w codzienności. Czasami efektem szukania we wspólnocie emocjonalnego „docieplacza” jest skurczenie się chrześcijańskiego życia do rozmiarów odpowiadających dokładnie własnej wspólnocie. To, co na zewnątrz, staje się nazbyt prymitywne i zwyczajne. Członek takiej wspólnoty nie przeżyje już owocnie liturgii w kościele rozświetlonym światłem jarzeniówek, w którym rozbrzmiewają frywolne dźwięki organów, przywołujących na myśl „wesele w Atomicach”, a całość akcji liturgicznej pokrywają duszne opary kadzidła.
«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama