Podróż do Lizbony

Czasem coś w materii tego pięknego i dziwnego miasta zadziwi jeszcze bardziej: z zieleni ogrodu, z miękkich pióropuszy wszechobecnych palm (ta warszawska palma to nędzna karykatura, mimetyczne natręctwo) wyrasta nagle budynek-kolos, jakaś świecka świątynia, która okazuje się bankiem. Więź, 8-9/2007




Cała Europa, od lotniska we Frankfurcie poczynając, pokryta była białym, gęstym jogurtem i tylko wyobraźnia podpowiadała niedostępne dla oczu widoki. I nagle, po dwóch i pół godzinach, zaczął się ruch w przestrzeni, prześwity z błękitnym dnem, co to nie wiadomo, czy to niebo, czy woda, biała, kędzierzawa płaszczyzna skłębiła się i wypiętrzyła w pasma górskie. Zaczęło się ukośne opadanie, patetyczne przekraczanie kolejnych granic: białe grzbiety fal, jedna, druga linia, potem szerokie, kolorowe pasmo wrzecionowatych kształtów „zaparkowanych” jachtów i łódek i samolot wślizgnął się nad Lizbonę, lecąc nisko. To już było lądowanie, lotnisko jest prawie w zabudowie miasta.

Padał ciepły deszcz innej pory roku niż ta, która została w Warszawie, rzęsisty, tworzący kałuże. Już następnego dnia (cztery dni w Lizbonie) ciepły deszcz przeobraził się w wielkie słońce i wietrzyk poruszający gałęzie zielonych wciąż drzew, liście palm, festony kwitnących amarantowo i fioletowo bugenwilli. W ogrodach muzeum Gulbenkiana kwitły także te kwiaty-ptaki na wysokich łodygach, które widuje się teraz w kwiaciarniach w Polsce, i inne już zupełnie nienazwane. Zieleniła się trawa. Grzało słońce.

A w salach parterowego budynku (formuła muzeum przypominająca Kröller-Müller w Otterlo w Holandii) czekały obrazy. Dwa duże portrety Rembrandta: Tytus w hełmie jako Pallas Atena i portret starca, najpewniej autoportret. Tak ludzka, że aż niepojęta obecność i nieziemski spokój. Realność portretów Rembrandta jest niezrozumiała. Piękny (powiem kapryśnie – jak na Rubensa) portret stojący Heleny Fourment – wszystkie trzy malowane koło połowy tego niezwykłego w Niderlandach XVII wieku.

Urodzony w Stambule a zmarły w Lizbonie w 1955 roku Calouste Gulbenkian, potentat wzbogacony dzięki korzystnym kontraktom dotyczącym nowo odkrytych pól naftowych w Iraku, był kolekcjonerem pełnym smaku i widocznego upodobania do sztuki i pięknych przedmiotów. Od tych wspaniałych portretów poczynając, poprzez piękny wybór barbizończyków, impresjonistów i malarzy wokół tej szkoły, poprzez ciekawie zebranych Anglików z dużym zespołem wyrazistych, kiczowatych prerafaelitów i przede wszystkim z wielkim morskim pejzażem (“Katastrofa frachtowca” z 1810 roku) wyjątkowo pięknego Turnera, po czule wybrane egzemplarze mebli, tkanin, biżuterii z różnych epok ze wspaniałym zbiorem secesyjnych przedmiotów René Lalique’a. Fundacja Gulbenkiana, powstała rok po śmierci donatora, podejmuje cele „charytatywne, artystyczne, edukacyjne i naukowe”. Jest największą tego typu fundacją poza USA, bardzo obecną w życiu Lizbony i Portugalii w ogóle.


«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie...