Anioł, który lubił walkę i taniec

Któż jak Bóg 3/2018

Omawiając amerykańskie filmy, poruszające tematykę anielską, nie sposób pominąć wyreżyserowanego przez Norę Ephron „Michaela” (1996), w którym w postać anioła wcielił się John Travolta. Swego czasu film ten był wielkim kasowym przebojem i bił rekordy popularności.

 

Anioł, mieszkający na poddaszu

Anioł Michael przybył do małego miasteczka w stanie Iowa w odpowiedzi na modlitwy pewnej staruszki, Pansy Milbank, właścicielki podupadłego motelu, która była nękana przez lokalny bank z powodu zaległych rat. Udał się razem z nią do placówki banku (ukrywając swe skrzydła pod długim płaszczem) i zagroził, że ześle na jego pracowników karę, jeśli nie umorzą oni kredytu. Tej samej nocy budynek został zrównany z ziemią przez uderzenie pioruna.

Michael przez pół roku mieszkał u staruszki na poddaszu. Pani Milbank napisała o tym w liście do redakcji gazety „National Mirror”, specjalizującej się w historiach nie z tej ziemi. Redaktor naczelny gazety, Vartan Malt, zainteresował się wiadomością, że w jednym z amerykańskich miasteczek zamieszkał anioł, ponieważ zbliżał się okres Bożego Narodzenia i taka historia mogła dobrze się sprzedać, a nawet być tematem na pierwszą stronę. Wysłał tam więc dwóch reporterów - cynicznego dziennikarza Franka Quinlana, którego sława dawno przebrzmiała, oraz fotografa Hueya Driscolla, bliskiego utraty pracy, którego redaktor naczelny utrzymywał na etacie jedynie dlatego, że jego pies Sparky cieszył się wielką sympatią wśród czytelników tabloidu i był maskotką „National Mirror” jako Wonder Dog. Towarzyszyć im miała Dorothy Winters, którą Malt przedstawił dziennikarzom jako rzekomą specjalistkę od angelologii (w rzeczywistości była ona specjalistką od tresury i miała znaleźć sposób na oswojenie psa Driscolla, aby redaktor naczelny mógł mu go odebrać).

Wysłannicy gazety mieli dotrzeć do rzekomego anioła i sprowadzić go do redakcji w Chicago. Wszyscy członkowie ekipy byli przekonani, że cała ta historia o aniele mieszkającym w pensjonacie, to jeden wielki żart, ewentualnie, że łatwowierna staruszka padła ofiarą jakiegoś oszusta. Kiedy dotarli na miejsce, pani Pansy Millbank opowiedziała im, jak Michael cudem uratował ją przed finansową ruiną i jak w zamian pozwoliła mu za darmo zamieszkać na poddaszu. Po chwili anioł, ćmiąc papierosa, zszedł po schodach w samych bokserkach. Okazało się, że faktycznie z pleców wyrastają mu białe (choć nieco przybrudzone) skrzydła. Michael sprawiał wrażenie skacowanego. Bez słowa wyjął z lodówki puszkę piwa, a potem wrócił na górę. Roztaczał przy tym intensywny zapach świątecznego ciasta. Zszokowani Quinlan i Driscoll uznali, że musi być on jakimś wybrykiem natury, ale nie mieli wątpliwości, że zbiją na nim fortunę (choć w ogóle nie zakładali, że mógłby latać). Jedynie Dorothy czuła, że takie wykorzystywanie nieszczęśliwego człowieka, który narodził się z ptasimi skrzydłami i najwidoczniej wierzył w swoją anielską naturę, nie jest zbyt moralne.

Nazajutrz podczas śniadania Michael beztrosko nadużywał cukru, sypiąc go obficie do płatków. Stwierdził, że nie grozi mu cukrzyca ani inne zdrowotne problemy, bo jest aniołem. Na pytanie Dorothy, do jakiego typu aniołów należy, odparł, że jest archaniołem, a Pansy dodała z dumą, że jej lokator pokonał kiedyś podczas wojny w Niebie samego Lucyfera. Zaraz potem staruszka upomniała Michaela za użycie wulgarnego słowa, co przyjął z pokorą. Tego samego dnia Pansy Milbank nieoczekiwanie zmarła podczas szykowania dla swych gości jajecznicy.

Podróż z aniołem

Po pogrzebie Quinlan zdołał namówić Michaela na wyjazd do Chicago, ale anioł postawił warunek, że nie polecą tam samolotem. Całą podróż mieli odbyć samochodem, gdyż anioł przy okazji chciał po drodze zobaczyć największą szpulę szpagatu na świecie. Wyjaśnił przy tym, że każdemu wysoko postawionemu aniołowi przysługuje przez całą wieczność 26 ziemskich wakacji, a ponieważ były to jego ostatnie takie wakacje, zamierzał dobrze się bawić, zanim powróci do Nieba. Ponadto Michael wymógł na Quinlanie obietnicę, że w pewnym konkretnym momencie, który wybierze anioł, Quinlan powie słowo „przepraszam”. W trakcie jazdy anioł przechwalał się, że to on napisał Psalm 85 (tyle, że wtedy jeszcze nie były ponumerowane) oraz wymyślił stanie w kolejce (bo wcześniej wszyscy tłoczyli się bez ładu i porządku).

Podczas jednego z postojów, na widok pasącego się byka, poczuł, jak odzywa się w nim instynkt wojownika. Ponieważ nie mógł zaprzepaścić tak wspaniałej okazji do pojedynku, zanim jego towarzysze zdążyli się spostrzec, Michael przeskoczył ogrodzenie i zaczął prowokować byka do ataku, udając torreadora. Doszło do czołowego zderzenia zwierzęcia z Michaelem, po którym obaj byli oszołomieni.

Wszędzie, gdzie Michael się pojawiał, robił on wielkie wrażenie na kobietach. Jedynie Dorothy była odporna na jego urok, gdyż, jak twierdził, w jej przypadku nałożył blokadę. W jednym z barów poszedł w płaszczu tańczyć z dwiema kobietami, do których po chwili dołączył cały tabun innych przedstawicielek płci pięknej. Skończyło się to bijatyką z miejscowymi mężczyznami, po której członkowie ekipy i sam Michael wylądowali w celi. Tam anioł kazał Quinlinowi przeprosić Dorothy za jego uszczypliwą uwagę. Nazajutrz zostali oskarżeni o zakłócenie porządku i zniszczenie mienia. Sędzia, która miała wydać wyrok w ich sprawie, poprosiła Michaela do swego gabinetu, aby wyjaśnił jej, co się stało. Dzięki urokowi osobistemu swego towarzysza, członkowie ekipy zostali finalnie oczyszczeni z zarzutów.

Kiedy przejeżdżali przez stan Illinois, anioł chciał koniecznie zobaczyć największą na świecie patelnię teflonową. Ponieważ Quinlin nie chciał się zgodzić na dalsze opóźnienia w podróży, nieoczekiwanie złapali gumę bardzo blisko miejsca, gdzie znajdowała się owa patelnia. Michael poszedł ją obejrzeć i przy okazji opowiedział miejscowym staruszkom o swojej spektakularnej walce z Belzebubem. Później nakłonił Dorothy, aby w klubie country zaśpiewała skomponowane przez siebie piosenki. Frank zaczął inaczej patrzeć na Dorothy, której wcześniej okazywał wyższość. Michael spędził noc z poznaną w klubie kelnerką, która z zachwytem przyjęła fakt posiadania przez niego skrzydeł.

W trakcie podróży Michael sukcesywnie gubił pióra. Był świadomy tego, że jego czas pobytu na ziemi dobiega końca. Kiedy pies Sparky wpadł pod koła ciężarówki, Quinlin, widząc rozpacz Hueya, poprosił go, aby coś zrobił, skoro twierdzi, że jest aniołem. Michael początkowo wzbraniał się, twierdząc, że to nie jego działka, ale potem zdjął płaszcz, wziął pieska na ręce, rozłożył szeroko skrzydła i po krótkiej modlitwie dokonał cudu wskrzeszenia. W konsekwencji utracił jednak bardzo wiele piór i bardzo osłabł. Quinlin, Driscoll i Dorothy zdołali dowieźć go do Chicago i pokazać mu słynny wieżowiec Sears Tower (który zawsze chciał zobaczyć). Umierający Michael, leżąc na chodniku, poprosił Quinlina, aby mu wybaczył, że nie dokończył tego, po co przybył na ziemię. Zaraz potem zniknął, pozostawiając po sobie tylko kilka piór, które rozwiał wiatr. Frank i Dorothy rozstali się. Ich życia biegły swoimi torami, ale spotkanie z aniołem w pewien sposób zmieniło ich. Zaczęli dostrzegać coś, co wcześniej im umykało. Jakiś czas potem Michael sprawił, że Dorothy i Frank spotkali się ponownie na ulicy (oboje szli, jak im się wydawało, za kimś, kto przypominał wyglądem ich uskrzydlonego przyjaciela). Okazało się, że Michael od początku został wysłany po to, aby odmienić serce cynicznego dziennikarza i sprawić, aby on i Dorothy pokochali się, mimo iż oboje przestali wierzyć w miłość. Na końcu filmu anioł pojawił się w towarzystwie pani Pansy Milbank. Byli zadowoleni z powodu połączenia Franka i Dorothy, czemu dali wyraz tańcząc razem na ulicy, niewidzialni dla zwykłych śmiertelników.

Dlaczego nie lubię tego filmu

Streściłem dość szczegółowo fabułę filmu, a teraz wypadałoby napisać kilka słów, które oceniłyby go pod względem artystycznym i teologicznym, jak zwykłem czynić, omawiając inne utwory poruszające anielską tematykę. Otóż muszę przyznać, że nie bardzo cenię „Michaela” i w moim prywatnym rankingu filmów o aniołach zajmuje on bardzo niską pozycję. Na moją krytyczną ocenę tego filmu wpływają w pewnym sensie czynniki zupełnie subiektywne. Nie przepadam bowiem ani za Johnem Travoltą, ani za Andie MacDowell, która zagrała Dorothy. Jedyny film z jej udziałem, który mi się podobał, to rewelacyjny „Dzień Świstaka”. Johna Travolty nigdy nie lubiłem, choć doceniam jego talent taneczny oraz występ w „Pulp Fiction”. Fakt, że należy do sekty scjentologów i był oskarżany o molestowanie seksualne młodych mężczyzn, nie powinien mieć znaczenia przy recenzowaniu filmu z jego udziałem, bo wiadomo, że ludzie nie są aniołami, ale jednak w jakiś sposób rzutuje to na odbiór jego postaci, zwłaszcza, gdy gra on wysłannika Boga.

W niektórych recenzjach film Nory Ephron określany jest jako przykład kina chrześcijańskiego i religijnego. No cóż... Ja mam zupełnie inne odczucia i dziwią mnie komentarze typu: „I love this movie so much. It makes you believe wonders happen”. Jeśli ktoś pod wpływem tego filmu zaczyna wierzyć w cuda, to należy mu raczej współczuć. Owszem komedia jest zabawna. Kilka fragmentów może wywołać szczere rozbawienie. Chociażby walka z bykiem oraz scena, kiedy Michael wykonuje w barze szalony taniec do melodii „Chain of Fools” i dołącza do niego tabun kobiet, przyciągniętych zapachem świątecznego ciasta. Wielokrotnie pisałem już o tym, że nie mam nic przeciwko humorystycznemu ukazywaniu aniołów. Ostatecznie nie bez powodu Bóg obdarzył nas poczuciem humoru. Wolałbym jednak, aby nie przekraczało to granic dobrego smaku i nie obrażało niczyich uczuć. Niestety uważam, że Nora Ephron granice te przekroczyła. Być może nie miałbym aż takich zastrzeżeń do „Michaela”, gdyby jego bohaterem był jakiś zupełnie wymyślony anioł niskiej rangi (tak jak Giordano w dwóch bardzo sympatycznych polskich komediach). Tymczasem łatwo można się domyślić, że Michael to ni mniej ni więcej, tylko sam święty Michał Archanioł, zwierzchnik niebiańskich zastępów, szczególny opiekun narodu wybranego i Kościoła, nazywany przez proroka Daniela wielkim księciem” (hebr. sar - Dn 10, 1.13.21), a więc najważniejszy i najpotężniejszy spośród wszystkich niebiańskich duchów. Czcicieli Michała Archanioła, ukazanie go w taki sposób, w jaki uczyniła to Nora Ephron, może razić. Filmowy Michael nie ma za grosz niebiańskiego majestatu i dostojeństwa; co więcej, kultywuje materialność i cielesne doznania, jakby były one największym skarbem, przewyższającym wszelkie cuda Nieba. Pragnie czerpać ze świata pełnymi garściami i stąd pewnie wynika jego fascynacja tym, co na ziemi największe, najwyższe, najdziwniejsze. Na dodatek Michael ma obsesję na punkcie walki, jakby wspomnienie pokonania wojsk Szatana zmuszało go do ciągłego prowokowania bijatyk. Anioł uwielbiający walczyć - nieistotne, w knajpie czy na łące z bykiem, wiecznie spragniony piwa, smacznego jedzenia, miłości, tańca i „zapachu ziemi”, jednym słowem, samej esencji „ziemskości”, pozostaje na wskroś cielesny i nie jest w najmniejszym nawet stopniu - niebiański. Możemy to sobie tłumaczyć faktem, że przebywa na ziemskich wakacjach. No dobrze... załóżmy, że jest to taka swoista maska, jaką przybrał niebiański byt na czas swego pobytu na ziemi, ale w konsekwencji jawi się on nam jako nieco głupkowaty pyszałek i abnegat, uzależniony od adrenaliny, papierosów i cukru. To, co my uważamy za wady, on celebruje i uważa za wartość. Wszystko to jednak mógłbym jeszcze jakoś przełknąć; najbardziej przeszkadzało mi w filmie jego rozbuchane libido. Życiowa filozofia Michaela sprowadza się do cytatu z Beatlesów: „All you need is love”. Nie tylko niczym grecki bóg miłości łączy potencjalnych zakochanych, ale sam potrafi wykorzystać fakt, że kobiety za nim szaleją. Ma na to wpływ roztaczany przez niego zapach świątecznego ciasta (działający jak feromony), fenomenalne zdolności taneczne oraz urok osobisty. Żadna kobieta nie może oprzeć się aniołowi o wyglądzie Johna Travolty, a on beztrosko je uwodzi i w motelowych pokojach spędza z nimi noce. Taka wizja archanioła Michała wywołuje moje głębokie zdegustowanie i, jak sądzę, nie jestem w tych odczuciach osamotniony. Obawiam się, że dla wielu osób postać archanioła Michała została w tym filmie sprofanowana. Poza tym, czy film, określany jako przykład kina chrześcijańskiego, może promować tak lekkie i niefrasobliwe podejście do spraw seksu?

Na koniec podam pewną ciekawostkę. Przechwałki filmowego Michalea, jakoby wymyślił on psalm 85, nie są jedynie zabawnym pomysłem scenarzystki. Autorstwo tego psalmu faktycznie przypisał archaniołowi Michałowi żydowski Midrasz Raba (Exodus 18). Nie wiem, skąd pojawiła się taka koncepcja. Jan Paweł II podczas audiencji generalnej 25 września 2002 powiedział: „Psalm 85, który przed chwilą odczytaliśmy, to pieśń radości i nadziei na przyszłe zbawienie. Oddaje on atmosferę, która panowała po powrocie Izraela z niewoli babilońskiej do ziemi ojców”. Nic jednak tego psalmu jakoś szczególnie nie wyróżnia i nie ma żadnej przesłanki, aby snuć przypuszczenia o jego anielskim pochodzeniu, a jednak niektórzy rabini tak uważali.

 

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Pobieranie...