Nasza wrażliwa cywilizacja

Znak 7-8/2010 Znak 7-8/2010

Coraz mniej rozumiemy z otaczającego nas świata. Jak dziennikarze mogą wyjaśnić takie zjawiska jak powodzie, jeżeli nie opanowali znajomości jednostek miary? Jak można wyjaśnić sprawę ocieplenia globalnego, skoro większość ludzi nie wie, skąd się biorą pory roku?

 

Komunikacyjny paraliż Europy wskutek kwietniowego wybuchu wulkanu Eyjafjallajokull na Islandii był dla większości z nas całkowitym zaskoczeniem. Czy dla naukowca było w tym zdarzeniu coś nowego?

 Niewątpliwie tak, ale bardziej z punktu widzenia socjologii niż nauk przyrodniczych, które reprezentuję. Doszło po prostu do kolejnej erupcji niewielkiego wulkanu – takie wybuchy stale się zdarzają. Wulkanolodzy znają mechanizm tego zjawiska, wiadomo również, że Islandia jest terenem wulkanicznym. Samo zjawisko nikogo więc nie dziwi.

Nowością było to, że erupcja sparaliżowała na pewien czas funkcjonowanie naszej cywilizacji. Uzależnienie człowieka od lotnictwa i określonych technologii sprawiło, że o skutkach wybuchu gazety informowały na pierwszych stronach. Okazało się, że cywilizacja jest wrażliwa na pewne banalne zjawiska przyrodnicze – czego wcześniej nie brano pod uwagę.

Przeprowadziłem kiedyś wśród studentów ankietę, w której zapytałem, jak rozumieją pojęcie „zagrożenia cywilizacyjne”. Wielu napisało, że są to zagrożenia, które człowiek stwarza dla przyrody. A to absurd: nasza cywilizacja nie jest w stanie zagrozić przyrodzie, która liczy sobie – jeśli mówimy o przyrodzie ożywionej – prawie cztery miliardy lat i przeszła wiele rożnych zmian parametrów środowiska. Teraz rzeczywiście zmieniamy trochę kolejne parametry, ale w stosunku do tego, co w sposób naturalny działo się w historii przyrody, zmiany przez nas powodowane są niewielkie. Cywilizacji może jednak zaszkodzić sama cywilizacja. Cóż by nam islandzki wulkan zrobił, gdybyśmy nie dysponowali samolotami wyposażonymi w silniki, na których funkcjonowanie ma akurat wpływ mineralne zapylenie atmosfery na określonej wysokości? Historia wielu cywilizacji jest pełna podobnych wydarzeń: zmiany w środowisku kładły kres cywilizacji (tak jak wybuch wulkanu przyczynił się do upadku cywilizacji mykeńskiej), czasem ginęły one na własne życzenie, śmiercią „samobójczą”. Bo cywilizacje są śmiertelne. A jeśli spojrzymy na erupcję Eyjafjallajokull pod kątem otaczającej wulkan przyrody, okaże się, że tylko w najbliższej okolicy mogło się wydarzyć coś nieprzyjemnego żyjącym tam organizmom – dalej już nie…

Podobnie jest z trzęsieniami ziemi. Są to zjawiska budzące grozę – przynajmniej od połowy XVIII wieku, kiedy ziemia zatrzęsła się w Lizbonie. Ówczesna hekatomba wstrząsnęła opinią publiczną; wydarzenie to tak przeraziło ludzi, że zajęli się nim nawet filozofowie! Co się jednak dzieje z punktu widzenia przyrody, gdy trzęsienie ziemi zdarza się w niezaludnionym fragmencie globu? Otóż nie dzieje się nic… Gdzieniegdzie, na przykład w górach, mogą gwałtownie przyspieszyć procesy geomorfologiczne, jednak wszędzie indziej zmiany są ledwo dostrzegalne. Dopiero budowa przez człowieka ceglanych czy betonowych miast sprawia, że trzęsienie ziemi staje się katastrofą. W tym sensie współczesna cywilizacja sama na siebie „ściąga” pewne zagrożenia.

Jakie inne zjawiska, które na terenach zamieszkanych przez człowieka przynoszą mu szkodę, na obszarach wyludnionych są czymś zupełnie naturalnym i niewywołującym tak katastrofalnych następstw?

Mówimy tu o niewielkich zmianach w systemie planety. Bywają one uciążliwe, ale dla życia na Ziemi są zupełnie normalne. Oczywiście, mogą się zdarzać również katastrofy poważniejsze, powodowane przez czynniki zewnętrzne (zderzenia z asteroidami), procesy tektoniczne (potężne erupcje wulkanów, jakich powierzchnia Ziemi nie doświadczyła już od bardzo dawna) albo takie, których przyczyną są żywe organizmy (zmiany w chemizmie atmosfery). Największa tego typu katastrofa w historii naszej planety była spowodowana przez sinice, pierwsze organizmy fotosyntezujące, które uwolniły do atmosfery truciznę – tlen. Spowodowało to masowe wymieranie wielu gatunków…

Wśród zjawisk, które nie dotyczą całych systemów organizmów, są jeszcze pożary, częste w niektórych rejonach planety, na przykład w lasach tajgowych i śródziemnomorskich. Ogień pojawiał się tam – bez udziału człowieka – na tyle regularnie, że powstały nawet organizmy przystosowane do funkcjonowania w takim środowisku. W Kanadzie szyszki pewnego gatunku sosny otwierają się dopiero po pożarze; drzewo wykorzystuje ogień do rozsiewania swoich nasion. Takie pożary przebiegają w naturalny sposób, wypalając trochę posuszu w lesie, w zasadzie nie uszkadzając dużych drzew i nie dokonując wielkich spustoszeń. Dzieje się tak również dlatego, że pomiędzy kolejnymi pożarami nie upływa zwykle dużo czasu i nie zbiera się zbyt dużo posuszu. Człowiek, kiedy wkroczył do lasów, zaczął przeciwdziałać pożarom, stały się one rzadsze. Jednak przez to gromadzi się posusz – a więc gdy pożar już wybuchnie, mamy do czynienia z katastrofą, z którą nie potrafimy sobie poradzić. Tak właśnie było z wielkim pożarem w Parku Narodowym Yellowstone w 1988 roku.

Skoro jest tak, jak Pan mówi, może należy „zaapelować o spokój”, spróbować przywyknąć do tego, że takie zjawiska były, są i jeszcze będą się zdarzać?

Nie mogę powiedzieć, że apeluję o spokój w sytuacji, gdy są one tak rzeczywiste, prawdziwe, a przede wszystkim bardzo dotkliwe. Powodzie – takie jak ta sprzed kilku tygodni w Polsce – to tragedie, których nie można zbyć żadnym banałem.

Padają przy tym pytania, czy słusznie odnosimy wrażenie, że katastrofy naturalne zdarzają się ostatnio częściej.

 

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama