Smocza choroba

Tygodnik Powszechny 23/2011 Tygodnik Powszechny 23/2011

Najczęściej chcemy, żeby dzieci były wesołe, otwarte i szczere. Denerwujemy się, że się nie śmieją i są poważne, a kiedy nie chcą się pokazywać – wypychamy je do przodu. Kiedy mówię, że trzeba dzieciom pokazać, co jest dobre a co złe, chodzi mi też o to, żeby wiedziały, że mają prawo być takie, jakie są.


Tylko skąd się bierze ta smocza choroba?

Powiedziałabym, że z poczucia winy. Mamy jakieś idealistyczne wyobrażenie o tym, jak powinno wyglądać wychowanie naszego dziecka – na ogół inaczej, niż wyglądało nasze wychowanie, kiedy byliśmy dziećmi, i nie potrafimy temu wyobrażeniu sprostać. Najprościej byłoby nie mieć tego poczucia winy. Pamiętać o tym, że robimy też dla naszych dzieci dużo dobrego.

Można też spróbować odwrotnego podejścia: uznać, że poczucie winy to dobry sygnał. Dręczące poczucie winy zapowiada być może zmianę. To głos, który mówi nam, że coś jest nie w porządku, ale też – że możemy coś naprawić. I że mamy ochotę spróbować to zrobić.

Obecni dziadkowie wychowywani byli w latach 50. i 60. zgodnie z zasadą „dzieci i ryby głosu nie mają”. Nas, obecnych rodziców, wychowali już inaczej. Można powiedzieć, że w latach 70. w rodzinie zapanowała demokracja. O jakie zmiany teraz chodzi?

W Szwecji już od dawna dzieci mają prawo głosu, a w latach 70. rzeczywiście mogły robić, co chciały. Nie wolno ich było powstrzymywać, miały prawo do samodzielnego rozwoju, a dorośli mieli je tylko wspierać. Teraz jest trochę inaczej: częściej mówi się o pewnej surowości w wychowaniu. To, co stało się w latach 70., miało związek z polityką. Uznano, że dzieci tak samo jak dorośli mają prawo do wolności i do wyrażania swojego zdania. Podstawa była dobra, ale w praktyce czegoś zabrakło. Dziecko potrzebuje stabilizacji i tego, żeby ktoś mu powiedział, co jest dobre, a co złe...

My, rodzice, mamy stać się bardziej wymagający?

Wyjaśnię to na przykładzie mojej bohaterki, Nusi. Dorośli nie widzą Nusi takiej, jaka ona naprawdę jest. To przecież nie jest prawda, że „Nusia już taka jest, że prawie wszystkiego się boi”. To zdanie, napisane przeze mnie, ma ładunek ironii. Myślę, że bardzo często nie widzimy dzieci takimi, jakie są, tylko takimi, jakimi chcemy, żeby były... W latach 70., chociaż dano dzieciom wolność, dalej ich jakby nie widziano. Najczęściej chcemy, żeby dzieci były wesołe, otwarte i szczere. A kiedy takie nie są, to zaczynamy się martwić. Denerwujemy się, że się nie śmieją i są poważne, bo mamy takie wyobrażenie, że dzieci są zawsze szczere i wesołe. Kiedy nie chcą się pokazywać, wypychamy je do przodu. Robimy mnóstwo rzeczy, żeby ukształtować dzieci na jakiś obraz.

Kiedy mówię, że trzeba dzieciom pokazać, co jest dobre a co złe, chodzi mi też o to, by dzieci wiedziały, że mają prawo być takie, jakie są.

Z polskiej perspektywy szwedzki system opieki nad dziećmi wydaje się bliski ideału. Tymczasem z tego, co Pani mówi, a także i z Pani książek wynika, że ideału nie ma.

Uważam, że szwedzki system opieki nad dziećmi się sprawdza. Ale w każdym, nawet najlepszym, systemie trzeba pamiętać o konkretnym dziecku. Trzeba zawsze zachowywać perspektywę dziecka – jakby utrzymywać się na jego poziomie. Kiedy nie ma się dookoła siebie gromady małych dzieci, można myśleć z perspektywy dziecka, które ma się w sobie.

To może nam pomóc pozbyć się smoczych odruchów...

Tak. Myślę, że chodzi o to, abyśmy sami sobie dali prawo do bycia sobą. Wtedy naszym dzieciom będzie z nami łatwiej. Życzę pani powodzenia w zianiu ogniem.
 

Rozmawiała Agata Kula
Tłumaczenie Barbara Gawryluk

Za pomoc, dzięki której rozmowa ta stała się możliwa, dziękujemy także Wydawnictwu Zakamarki. Zobacz książki Piji Lindenbaum: www.zakamarki.pl

Zdjęcie na stronie głównej to ilustracja opublikowana w piśmie "Nowe Ateny" w 1745 r. Jej autorem jest najprawdopodobniej Benedykt Chmielowski.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama