Na grobie połóż różę

Młody człowiek miał orientalną urodę, nosił jarmułkę i mówił po angielsku. Na dyplomie z wykaligrafowanym nazwiskiem „Julianna Bartoszkiewicz” były niezrozumiałe dla niej słowa zapisane dziwnym alfabetem. I tłumaczenie: „Kto ratuje jedno życie, jakby świat cały ratował”. Znak, 4/2009



10.

1 sierpnia 1944. W Warszawie powstanie. W dwudziestym piątym dniu walk odłamek trafił w twarz dziewięcioletnią Krystynę. Rana była paskudna, nie chciała się goić (ślad po niej pozostanie na całe życie).
Po klęsce powstania Julianna Bartoszkiewicz z dziećmi ewakuowała się z tysiącami cywilów do Pruszkowa. Julianna niosła na rękach ranną Krystynę. Było jej ciężko. Obok niej szli objęci Esthera i Abe.

Kilkadziesiąt lat później Krystyna Bartoszkiewicz zadaje sobie pytanie: Czemu mąż Esthery nie pomógł wtedy mamie i nie wziął mnie na ręce? Może mieli dość wojny i chcieli nacieszyć się sobą?

11.

„Uprzejmie zawiadamiamy, że Pani Juliannie Bartoszkiewicz został przyznany tytuł »Sprawiedliwy wśród Narodów Świata« za pomoc, którą okazała Żydom z narażeniem własnego i swoich bliskich życia w czasie okupacji hitlerowskiej” – czytała w mroźny styczniowy dzień Krystyna Bartoszkiewicz.

List był z Instytutu Pamięci Yad Vashem w Jerozolimie. Z prośbą o uhonorowanie Julianny Bartoszkiewicz wystąpiła Esthera Waldman. Podobno długo się wahała. Krystyna Bartoszkiewicz musiała wypełnić specjalną ankietę z pytaniami. Jedno pytanie było o pobudki, jakimi kierował się udzielający pomocy. Układający ankietę podpowiadał, że pobudki mogą być: materialne, przyjaźń bądź miłość bliźniego.

Krystyna Bartoszkiewicz odpisała: „Moja mama była wspaniałym, ciepłym człowiekiem, uratowała i pomogła przeżyć małżeństwu Waldman z pobudek czysto ludzkich, z miłości bliźniego. Nie miała miejsca żadna korzyść materialna”. Dwadzieścia pięć białych i czerwonych róż, które dał jej młody człowiek o orientalnej urodzie, zaniosła na grób matki.

***

Esthera Waldman nie przyjechała na uroczystość. W synagodze w Nowym Jorku urządziła spotkanie poświęcone Juliannie Bartoszkiewicz. Odczytała z kartek przemówienie. Opisała wszystko, przez co przeszła w czasie wojny. Juliannę nazwała „aniołem”. Z imion i nazwisk wyliczyła krewnych, którzy Zagłady nie przeżyli. Przy niektórych osobach zaznaczyła, ile mieli lat:

„Moja mama: Miriam Getla Bloomberg (41 lat),
Mój ojciec: Alexander Średni (40 lat),
Moja babcia: Haya Jasura Freidenreich Bloomberg,
Moja ciocia: Anga Rosenbaum,
Jej mąż i dzieci: Haskel Rosenbaum, Sabcia Rosenbaum (1 rok),
Moja ciocia: Lonia Szalit,
Jej mąż i dzieci: Chil Szalit, Irka Szalit (15 lat), David Szalit (10 lat),
Mój wuj: Meir Bloomberg,
Jego żona: Esther Bloomberg,
Mój wuj: Jankel Bloomberg”.

– Miałam jeszcze wielu innych kuzynów, ciotek i wujów, którzy również zginęli – dodała. Tekst wystąpienia Esthera przysłała później Krystynie Bartoszkiewicz.

*****

STANISŁAW ZASADA, dziennikarz-freelancer.



«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama