Kapłani z tupolewa

Przewodnik Katolicki 19/2010 Przewodnik Katolicki 19/2010

Dziesiątą część ofiar katastrofy rządowego samolotu pod Smoleńskiem stanowią kapłani. Duszpasterze wybitni, ale i po prostu niezwykli ludzie. Wspomnienia tych, którzy byli blisko nich, pokazują jak bardzo.

 

Pamiętam też, jak byłem z Romanem w Kielcach na przyjęciu, w którym uczestniczył pewien emigrant z Ukrainy, Żyd z pochodzenia, ateista. Dość mocno atakował księdza, domagając się od niego objaśnień na temat wiary. Pamiętam postawę i twarz Romana, spokojną i uśmiechniętą, łagodną i dobrą. Cierpliwie odpowiadał na każde pytanie, nawet dość zaczepne, ale co najważniejsze – wiedząc, że rozmówca ma żydowskie pochodzenie, zachęcał go do poznania swojej tradycji. Nie było w nim żadnego nawracania, ale życzliwe traktowanie pogubionego człowieka – odkurza w pamięci naczelny „Charakterów”. Zatrzymuje się na tym najbardziej bolesnym, świeżym: – W sobotę rano, w hotelu w Tel Awiwie, obudził mnie po bardzo krótkiej nocy telefon. SMS od niego. „Pozdrowienia z Katynia”. Pomyślałem – „Cały Roman. Dziwaczne poczucie humoru, ponury żart. Równie dobrze może mnie pozdrawiać z piekła”. Po kilku godzinach odpowiedziałem mu: „Modlę się w intencji ofiar”. Byłem pewien, że ks. Roman poleciał innym samolotem. Okazało się, że nie. SMS-a wysłał jeszcze z Warszawy. Przewidując, że będzie bardzo zajęty, chciał dać znak o swojej pamięci zawczasu…

Ks. Andrzej Kwaśnik

– Z księdzem Andrzejem znaliśmy się 30 lat, z których ramię w ramię na różnych parafiach pracowaliśmy 17 – wspomina ks. Andrzeja Kwaśnika, jego przyjaciel, ks. Jerzy Wikieł. – Od początku dał się poznać jako dobry organizator, potrafiący mocną ręką trzymać młodzież. Na naszej pierwszej parafii w Warce dostał będącą w rozsypce jedną z grup warszawskiej pielgrzymki akademickiej. Pod przewodnictwem ks. Andrzeja grupa nabrała wyrazu i zdyscyplinowania. Potem urosła do niebotycznych rozmiarów. Liczyła sobie 850 osób.

A wszystko to także przez to, że miał śmiałość do ludzi, był ich też po prostu ciekawy. Potrafił wydobyć z nich godność, ale i zaszczepić im szacunek do pracy. Gdy o pomoc zwracał się bezrobotny, potrafił go zachęcić do podjęcia nawet najprostszej pracy, potem ją wynagradzał. Nie dawał niczego na kredyt – mówi. Najdłużej, jedenaście lat, pracowali razem w parafii w Starej Iwicznej. – Z zaniedbanej parafii stworzył tętniący życiem organizm. Integrował ludzi poprzez słynne już festyny parafialne z okazji Zielonych Świątek, na które waliły tłumy.

Każdy, kto z nim się zetknął, miał wrażenie osobistego kontaktu. Tak było z policjantami z oddziału prewencji w Nowej Iwicznej, którym przez lata duszpasterzował, wyjeżdżając często na uroczystości rocznicowe na cmentarz pomordowanych policjantów w Miednoje. Pamiętam, jak setki krótko ostrzyżonych chłopaków w niedzielę można było zobaczyć na Mszy w Iwicznej. Oni traktowali go jak przyjaciela, jak ojca. Podobnie motocykliści, którym organizował rozpoczęcie i zakończenie sezonu. Co roku do Iwicznej przyjeżdżał też rajd katyński, któremu błogosławił – wspomina ks. Wikieł.

Ks. Ryszard Rumianek

Księdza profesora Ryszarda Rumianka, prorektora Wyższego Metropolitalnego Seminarium Duchownego oraz profesora i rektora Uniwersytetu Kard. Stefana Wyszyńskiego, profesor Kinga Suwińska, dziekanWydziału Biologii i Nauki o Środowisku UKSW, znała blisko 40 lat. Był bardzo ciepłym i zarazem wrażliwym człowiekiem. Każde niepowodzenie, drobne lub większe, zwłaszcza takie, które łączyło się z doznaniem zawodu ze strony drugiego człowieka, przeżywał bardzo głęboko i długo. Za to chętnie dzielił się z przyjaciółmi każdym, najmniejszym nawet sukcesem, szczególnie tym, który dotyczył jego ukochanej uczelni UKSW – mówi. Prof. wspomina też wspólne wyjazdy w Gorce pod Turbaczem: – Co roku z nami, czyli grupą przyjaciół, wyjeżdżał na 2 tygodnie do bacówki w góry – proste, a nawet prymitywne warunki, woda ze źródełka, brak prądu, za to widoki zapierające dech w piersiach. Twierdził, że nigdzie nie wypoczywa mu się tak dobrze jak tam, wśród przyjaciół z grupy biblijnej. Dnie spędzaliśmy na grze w scrabble lub w karty albo wspólnie rozwiązując krzyżówki. Wieczorami rozmawialiśmy o Piśmie Świętym, wierze i moralności. Ale nie był rodzajem posągowego duszpasterza i naukowca. Obdarzony dużym poczuciem humoru, chętnie żartował, również z siebie. Większość z nas była z nim na pielgrzymkach, które prowadził jako przewodnik po Ziemi Świętej. Mnie miał tam zabrać tej jesieni – już mnie nie zabierze...

o. Józef Joniec

Dla ojca Józefa Jońca Stowarzyszenie „Parafiada”, które stworzył, było wszystkim. – Traktował je jak ojciec dziecko. Zresztą z nami, pracownikami, tworzył też rodzinne więzy. Przywiązywał wagę do celebracji świąt, imienin. O każdym pamiętał. Był człowiekiem słuchającym i radzącym, do tego dobrodusznym. To nie był standardowy szef, który potrafi zganić, upomnieć, czegoś zażądać. Był zawsze taki sam; prywatnie i w pracy. Pełen osobistego czaru, pogody ducha, przez co przyciągał, ośmielał do rozmowy, zwierzeń. Przez dwa lata pracowałam z nim drzwi w drzwi, godzina w godzinę. Dziś wszystko wraca. Brakuje tych pierwszych słów na „dzień dobry”, rano, kiedy nie było jeszcze nikogo w stowarzyszeniu – wspomina Renata Wardecka, dyrektor zarządzający „Parafiady”.

 

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama