Jubileuszu nie będzie

Niedziela 19/2010

W katastrofie pod Smoleńskiem zginął aktor Janusz Zakrzeński. Niedługo miał obchodzić 50-lecie pracy artystycznej. Od wielu lat w Święto Niepodległości był „dyżurnym” marszałkiem Piłsudskim, więc jubileusz miał świętować w Belwederze...

 

Młodzi telewidzowie znają go głównie z seriali „M jak miłość” oraz „Na dobre i na złe”, gdzie zagrał postacie epizodyczne, aczkolwiek zapadające w pamięć. Rola w „M jak miłość” bardzo mu się podobała. Żałował, że wątku emerytowanego profesora polonistyki nie pociągnięto dalej, bo ta rola stanowiła – jego zdaniem – pomost między starym a młodym pokoleniem. W środowisku filmowym mówi się jednak, że Zakrzeński niezbyt odnajdywał się w dzisiejszych serialach, bo są kręcone z dnia na dzień i o byle czym.

Oczy nie kłamią

A on lubił zastanawiać się nad każdą rolą, stawiając znaki zapytania, dokładnie analizować postać, zanim znalazł do niej klucz. Gdy miał grać Napoleona w „Popiołach” Andrzeja Wajdy, wybrał się do Paryża, aby obejrzeć w muzeum wojskowym kapelusz cesarza. Mówił o sobie, że jest trochę metafizykiem. „Mam taką metodę, że oczy nie kłamią. I z oczu biorę postać”. Nie znosił chałtury, brutalizacji języka. Apelował, by zwracać uwagę na umiejętność posługiwania się polską mową. „Każdy naród musi dbać o kulturę słowa. Swojego słowa” – podkreślał.

Uważał, że sztuka powinna wobec społeczeństwa pełnić swego rodzaju misję, dawać ludziom promyk nadziei, pomagać uleczyć duszę. Powoływał się na słowa Jana Pawła II, które wypowiedział na spotkaniu z twórcami w kościele Świętego Krzyża w Warszawie: „Sztuka powinna być jak psie języki liżące rany Łazarza chorego na trąd”.

Jest paradoksem, że ten wielki aktor i patriota największe role zagrał w czasach Peerelu, a w wolnej Polsce był niewykorzystany. Nie przystawał do manierycznego modelu teatru, w którym forma dominuje nad treścią, ani do kreowanego przez „elity” przekazu, że patriotyzm i katolicyzm Polaków wyzwalają w nich zaściankowość, ksenofobię i nacjonalizm. Może dlatego określano go jako człowieka „starej daty”. On jednak nie widział siebie w spektaklach, z których ludzie wychodzą – jak określał – „stłamszeni, opluci, przybici do ziemi, a nierzadko wręcz wrzuceni do rynsztoka”.

Pamiętajcie o korzeniach

Pochodził z rodziny szlacheckiej z Kielecczyzny, której majątek po reformie rolnej rozparcelowano. Urodzony w 1936 r. w Przededworzu, dorastał w szlacheckim gnieździe do 9. roku życia. Wspominał, że lipy sadzone były na tej ziemi jeszcze przez generała z powstania listopadowego Dezyderego Chłapowskiego, który tam zamieszkiwał. Do końca pozostał miłośnikiem kultury szlacheckiej, patriotyzmu i polskiej tradycji. W jednym z filmów dokumentalnych opowiadał o swojej rodzinie i apelował: „Pamiętajcie o korzeniach. To takie ważne”. Polska literatura, zwłaszcza romantyczna, była mu najbardziej bliska, choć również hasła społecznikowskie, zawarte w powieściach i nowelach Prusa, Orzeszkowej czy Sienkiewicza.

Uwielbiał Wyspiańskiego, twierdził, że „Wesele” jest dzisiaj sztuką jak mało kiedy aktualną. „Wszystko jest u Wyspiańskiego, wszystko. A Czepiec, czy to nie jest ten «czerep rubaszny» ze Słowackiego”? – pytał. Zapewne myślał i o chocholim tańcu, w którym jak w półuśpieniu tkwimy od lat jako społeczeństwo. Andrzej Łapicki mówi o Zakrzeńskim, że był aktorem typowo polskim, predystynowanym do polskiego repertuaru. – Dlatego zagrał u mnie Cześnika i występował w co drugiej mojej inscenizacji Fredry. Znakomicie wyrażał sarmackie cechy: gwałtowność, zmianę nastroju, a w końcu dobrotliwość – podkreśla Łapicki.

Na zawsze pozostanie w pamięci dzięki roli Benedykta Korczyńskiego w filmie „Nad Niemnem” Zbigniewa Kuźmińskiego. Zagrał tak sugestywnie, że słynna rozmowa z synem, oskarżającym ojca o porzucenie ideałów, które w dniach powstania styczniowego zbudowały wspólnotę między środowiskiem szlachty a chłopami z Bohatyrowicz, przeszła do historii polskiego kina. Podobnie jak powiedzonko: „ten, tego, ten”, którym zastępował w chwilach zakłopotania inne wyrazy. Kiedy pojechał na Grodzieńszczyznę, poznał potomków rodzin, których dzieje opisała Orzeszkowa. A gdy odwiedził Bohatyrowicze, usłyszał od mieszkających tam Polaków: „Bożesz Ty mój, Benedykt Korczyński przyjechał”. Pokochał Kresy.

Marta Lipińska, która w „Nad Niemnem” grała wiecznie cierpiącą na „globusa” żonę Korczyńskiego, wspomina Zakrzeńskiego jako bardzo wrażliwego i czułego partnera. – Lubiliśmy ten film i nasze role. Było w nich coś szlachetnie polskiego: dworek i wspaniała atmosfera. Janusz cieszył się podwójnie, bo mógł pojeździć na koniu, co stanowiło jego pasję. Nawet jak ostatnio spotkaliśmy się w radiu, powiedział, nawiązując do roli Benedykta: „Oj, matuniu, jak tam pięknie nam było”. I zaproponował, żebyśmy pojechali nad prawdziwy Niemen, bo mało kto wie, że w filmie w „roli” Niemna pokazano Bug w okolicach Drohiczyna.

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Pobieranie...