Historia jednego nawrócenia

Rycerz Młodych (archiwum) Rycerz Młodych (archiwum)

Wywodzę się z rozbitej rodziny, powiem mocno: patologicznej. Gdy miałem 2 lata, moi rodzice rozeszli się. Od tego czasu na głowie mamy spoczął cały dom. Sama musiała wychować trójkę dzieci, bo mam jeszcze starsze rodzeństwo, i pracować na utrzymanie.

 

Klatka

Po rozstaniu z mężem mama zaczęła pić alkohol. Tato w ogóle się nami nie interesował. Gdy straciła pracę, zaczęła pić codziennie. Do domu przychodzili różni ludzie, tacy, których można czasami spotkać na dworcu czy pod sklepem. Dochodziło do różnych ekscesów, zaczęły się imprezy i awantury. W takim klimacie dorastałem. Brak normalnych warunków i miłości sprawił, że z czasem zacząłem szukać akceptacji na zewnątrz, na ulicy, wśród rówieśników. Do domu wracałem tylko po to, aby się przespać. Czasami nawet to nie było możliwe, bo byłem wyrzucany z mieszkania i spałem gdzieś na klatce schodowej.

Na ulicy czułem, że mogę „zaistnieć”. Na początku łączył mnie z kolegami sport, następnie zaczęła się marihuana i inne „eksperymenty”. Cały czas żyłem w lęku, bałem się o siebie, o swoje życie. W końcu cały dom spoczął na mojej głowie. Musiałem dbać o to, co będziemy jeść, za co będziemy płacić rachunki itd. Zacząłem kraść, pieniądze zarabiałem na ulicy, szukałem jakiegoś dochodu i pojawiły się narkotyki…

Kiedy przestałem sobie radzić, rodzina się ode mnie odwróciła i zostałem całkiem sam ze swoimi problemami. Wszyscy się od nas odizolowali. Coraz częściej sięgałem po marihuanę, w końcu nie mogłem bez tego żyć. Musiałem codziennie zapalić i czułem się fajnie, była zabawa, były dziewczyny, był alkohol, byli kumple, super się bawiliśmy, robiliśmy różne śmieszne numery. Prowadziliśmy nocne życie, na ulicy, i to mi się na początku podobało. W szkole też potrafiłem zaimponować. Byłem takim „błaznem”, osobą, która zabawiała innych i bardzo dobrze się w tej roli odnajdowałem.

Teraz, z perspektywy czasu wiem, że to był mechanizm obronny, który dotyczy właśnie dzieci alkoholików. Zacząłem zażywać coraz więcej narkotyków, coraz częściej piłem i szukałem cały czas mocnych wrażeń. Chciałem odreagować swój ból, swój i to wszystko, co się w domu działo.

Wyżywałem się na tych ludziach, którzy przychodzili do mamy, bijąc ich. Toczyłem też otwartą wojnę z mamą. Dochodziło do różnych bardzo agresywnych, pełnych przemocy momentów. Były takie chwile, kiedy mama próbowała popełnić samobójstwo, bo też sama nie dawała rady. Wszystko działo się na moich oczach. To było chore i w zasadzie nie miałem pomysłu, jak z tego wyjść, mimo że bardzo chciałem, czując, że wszystko jest nie tak.

Wpadałem w coraz dłuższe ciągi narkotykowe i alkoholowe. Rzuciłem sport, przestałem grać. Trenerzy zabiegali o mnie, przychodzili, rozmawiali, starali się mnie nakłonić do powrotu do drużyny, ale to przestało mnie interesować. Podawałem narkotyki także swojej dziewczynie. Doszło do tego, że się rozstaliśmy.

Wszystko okazało się iluzją. Z kolegami łączyły mnie tylko narkotyki i pieniądze. Mama wygoniła mnie z domu, wyrzuciła moje rzeczy przez okno i trafiłem na rok do internatu. Zacząłem odreagowywać na swoich współlokatorach. Przestałem się uczyć, miałem coraz większe „dziury w głowie”, coraz większe problemy emocjonalne, na tle psychicznym, i byłem człowiekiem nieprzystosowanym do życia, agresywnym.

Chciałem to wszystko zmienić, ale nie potrafiłem. Nie akceptowałem siebie. Miałem świadomość, że żyję w klatce, która staje się coraz mniejsza. Zacząłem bać się ludzi, nie potrafiłem do nich wyjść, normalnie rozmawiać, nie potrafiłem wyjść czasami poza rejon swojej ulicy. Potem był taki moment, że bałem się wyjść poza swój pokój. Brałem tylko narkotyki, piłem alkohol i paliłem papierosy, zamykałem się w czterech ścianach i tak sobie żyłem.

Początek drogi

Kiedy uświadomiłem sobie, że wszystko straciłem, że tak naprawdę jestem na samym dnie, że jestem sam, bo nie było dziewczyny, nie było rodziny, zacząłem się po prostu modlić. Złamałem się przed Panem Bogiem, to był moment skruchy, szczerej modlitwy, otworzenia się, szczerej rozmowy z Nim. W czasie tej modlitwy postanowiłem, że wszystko rzucam. Palę za sobą mosty, przestaję pić, palić, ćpać, spotykać się z ludźmi z ulicy.

Poszedłem do kościoła na Mszę świętą niedzielną. Tam usłyszałem, że jest wspólnota młodzieżowa i poszedłem na pierwsze spotkanie. Akurat wtedy był pierwszy piątek miesiąca. Bardzo mi się spodobało, był fajny klimat, grali na gitarach, i to mnie poruszyło. Spotkałem księdza, z którym zacząłem rozmawiać. To był początek drogi nawrócenia.

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama