Ocalić szlachetność

Temu, kto na początku swej drogi zetknął się z czymś tak czystym i szlachetnym, jak szlachetna powinna być fotografia, jak szlachetna powinna być sztuka, trudno jest się później odnaleźć, bo nagle wymagane są od niego rzeczy komercyjne, sensacyjne, newsowe. Przegląd Powszechny, 12/2007




Symptomem czasu jest też to, że fotografia cyfrowa zaczyna stwarzać margines do manipulacji. Na przykład – głośna sprawa fotografa jednej z dużych agencji, który był na pogrzebie w Iraku. Z trzech zdjęć tego wydarzenia skomponował idealny obraz pod kątem kompozycji, światła i emocji na twarzach. Na szczęście facet wyleciał z pracy. Takich rzeczy, jako dziennikarz, jako dokumentalista, absolutnie nie można robić. Niestety, są również innego rodzaju manipulacje, o których bardzo często słyszę od kolegów pracujących w tygodnikach, tzw. ambitnych. Aranżuje się pewne fakty, by coś było lepszą historią.

Moim dylematem w pracy jest to, że muszę używać nośnika cyfrowego. Staram się jednak traktować go jak normalny aparat analogowy. Natomiast, to jeszcze nie wszystko, bo zleceniodawcy – gazeta, dla której się pracuje – oczekuje właściwie natychmiastowego efektu. Doprowadza to często do tego, że zrobione zdjęcia tylko pobieżnie ogląda się na komputerze, wybiera najlepsze, wysyła, po czym zapomina o pozostałych setkach zdjęć. To, że używamy aparatów cyfrowych, powoduje, że fotografowie – w „Gazecie” chociażby – robią dziennie ok. 500 zdjęć! Można to próbować w jakiś sposób ograniczyć swoją postawą, szlachetnością wyrazu. Natomiast wszystko dookoła powoduje takie ciśnienie, że w pewnych momentach musisz temu ulec. Jest presja z zewnątrz i mimo tego, że chcesz uniknąć szybkości, bezmyślności, banalności, to, niestety, duża część pracy fotoreportera w takim ogólnodostępnym medium na tym polega. To jest mój osobisty dramat. Zaczynam się w tym dusić.

– Redakcja dyktuje tempo i często tematykę pracy. W grudniu 2003 r. wysłano Pana do miasta, gdzie podczas trzęsienia ziemi zniszczonych zostało 80% budynków, zginęło ponad 35 tys. ludzi. Na Pana zdjęciach nie widać śmierci. Odbiorca zostaje jednak wystarczająco poinformowany o dramacie. Jak opowiedzieć o tragedii, oddać prawdę, nie epatując nią?

– Lubię pracować w ten sposób, że myślę najpierw o danej historii, o zapisie pewnych wydarzeń. Miłe jest poczucie sporej kontroli nad materiałem. Niemożliwa jest oczywiście całkowita kontrola, bo to byłoby już reżyserowanie sytuacji. Dzieją się naokoło różne rzeczy, a ja zakładam taki jakby filtr: to mnie nie interesuje, bo to jest wbrew regułom i zasadom, które sobie założyłem. W przypadku Bam wiedziałem, gdzie jadę, po co jadę i najważniejsze – jakich zdjęć nie chcę robić. Był to z jednej strony łatwy temat, bo malowniczy, szokujący, dramatyczny – trzęsienie ziemi, ale i trudny, bo nie chciałem tym epatować. Widziałem później dużo zdjęć stamtąd – kawałków ciał, zwłok. Nawet w jakimś konkursie wygrało zdjęcie, przedstawiające człowieka niosącego dwóch martwych synów na ramionach. Uważam, że śmierć jest tak mistycznym momentem w życiu każdego człowieka, że powinniśmy z wielką ostrożnością podchodzić do tego tematu. Nie można fotografować, zapominając o wadze tego momentu. Czasami zdjęcie nie jest tak ważne, jak to, co się dzieje i być może nawet lepiej, by ono nie było zrobione. Nigdy nie można robić takich zdjęć w celu zaspokojenia czyjejś ciekawości. Zawsze trzeba sobie zadać pytanie: Po co ja to zdjęcie robię? W pracy fotoreportera integralną sprawą jest to, że często ma się kontakt ze śmiercią w różnych dramatycznych sytuacjach. Pojawia się problem znalezienia środka – jak o tym opowiadać i czy w ogóle opowiadać. Czy opowiedzieć to symbolem, czy wprost? Wydaje mi się, że lepiej jest niedopowiedzieć, bo niedopowiedzenie jest mocniejsze.


«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama