Ocalić szlachetność

Temu, kto na początku swej drogi zetknął się z czymś tak czystym i szlachetnym, jak szlachetna powinna być fotografia, jak szlachetna powinna być sztuka, trudno jest się później odnaleźć, bo nagle wymagane są od niego rzeczy komercyjne, sensacyjne, newsowe. Przegląd Powszechny, 12/2007




Przyjeżdżam do Iraku. Wybuchają samochody-pułapki na drodze, którą przed chwilą przejechałem. Śmierć staje się bardzo realna. Ale jest taki moment, że trzeba opanować strach, bo jak nie, to w ogóle nie wyjdzie się z hotelu. Tylko że on wraca ze zdwojoną siłą w nocy, kiedy nie jest się skupionym na pracy, tylko się rozmyśla, co się wydarzy następnego dnia – czy w hotel uderzą z tej czy z tamtej strony.

Chciałem robić cykl o kobietach irackich. Pojechałem do Karbali. Było tam duże święto, pół miliona ludzi przybyło do meczetu. Kobiety w chustach, w żałobie. Kręciłem się wokół nich, fotografowałem. I nagle się dowiaduję, że niedaleko doszło do zamachu. Jakiś facet podczas przeszukiwania przez policję odbezpieczył i rzucił granat. Kilka osób zginęło. Ja robię swoją historię, a tu coś takiego. Jednocześnie pracuję dla gazety, która przecież czeka na newsa. Więc zbieram się z tłumaczem i jedziemy. Tam już nie ma co szukać. Jadę do kostnicy. Staję nad tym człowiekiem i zastanawiam się, po co tu przyjechałem, bo przecież nie po to, by sfotografować kogoś rozerwanego przez granat. I teraz z czego tego newsa „uszyć”? Rodzina odbiera zwłoki i wtedy prosi mnie, bym zrobił zdjęcia. Fotografuję ich twarze i faceta, który myje wannę pełną krwi. Po tego typu wydarzeniach, trudno znów skupić się na temacie kobiet. To jest właśnie problem miejsca, w którym się pracuje. Z jednej strony „Gazeta” umożliwia mi wyjazd do Iraku, by zrobić coś ambitnego i szlachetnego, a z drugiej strony oczekuje, jako zleceniodawca, pewnego rodzaju zdjęć. Mimo wszystko ten pierwszy wyjazd do Iraku był owocny. Obarczenie newsami było minimalne. Udało mi się skończyć cykl o kobietach, stworzyć z tych zdjęć historię.

– A jak było za drugim razem?

– Nie czułem potrzeby, by jechać. Po pierwszym pobycie byłem w bardzo ciężkim stanie psychicznym. Nie przeżyłem takich rzeczy wcześniej. To było fundamentalne doświadczenie. Musiałem od początku poukładać sobie wszystkie wartości. Wróciłem kompletnie zdruzgotany. Gdy jechałem drugi raz, chciałem sprawdzić głównie siebie. Czy już się stałem cyniczny, czy jeszcze znajdę w sobie wrażliwość na to wszystko. Jechaliśmy z Mariuszem Zawadzkim, nie zdając sobie sprawy, w co się pakujemy. To był czas, gdy zaczęły się te wszystkie porwania. W dniu naszego przyjazdu porwali Japończyków, i to na drodze, którą mieliśmy jechać do Bagdadu. Tylko przez przypadek skręciliśmy na południe. Ten pobyt był niepotrzebnym ryzykiem. Właściwie nie było już białych dziennikarzy, tylko arabscy korespondenci. Ci, którzy byli, siedzieli w bazach. Biały sam w sobie był celem. Coś próbowaliśmy robić, ale każde wyjście z hotelu było obarczone niesamowitym ryzykiem. Nie widziałem sensu pracy w takich warunkach.

– Wróćmy do tego, co jest Panu najbliższe. Powiedział Pan kiedyś: „Fascynuje mnie człowiek i opowiadanie o nim. Zawsze usiłuję dotrzeć jak najbliżej jego sfery emocjonalnej. Znajdowanie wewnętrznej prawdy o drugim człowieku i o kondycji ludzkiej w ogóle wydaje mi się najbardziej pociągające w fotografii. Dlatego też najchętniej zajmuję się fotoreportażem społecznym”. Czy jest szansa, by ten rodzaj przekazu dotarł do szerszego grona odbiorców i stanowił przeciwwagę do, np., przemocy czy płytkości w mediach?

– Rolą sztuki jest, by stanowiła przeciwwagę i obnażała to, co złe. Niestety, sztuka się dewaluuje, jest zepchnięta w niszowe rejony. Ambitne pisma, które publikowały całościowe formy fotograficzne – fotoreportaże, fotoeseje – poupadały. Można oczywiście na jakiś czas schować ambicje w kieszeń – raz robisz jakiegoś „kotleta”, innym razem polityków lub inne durne zdjęcia, a od czasu do czasu coś pogłębionego. Jednak problem pojawia się wtedy, gdy miejsce, gdzie można byłoby to publikować, właściwie znika, a tym samym znika kontakt z odbiorcą. Wszystkie wybitne agencje fotograficzne – np. Magnum, która była na szczycie, była „królową” fotoreportażu, zrzeszała najbardziej wybitnych ludzi i najbardziej szlachetnych fotografów – musiały zacząć sprzedawać zdjęcia reklamówek. I coraz mniej jest materiałów z tego rodzaju agencji, a coraz więcej z agencji newsowych. Coraz mniej jest miejsc, gdzie może się pojawić fotoreportaż.


«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama