Most miłosierdzia

Współczesne społeczeństwo jest bardzo zranione, niezrównoważone, zdezorientowane. Oddala się od Boga, gubi sens życia, zatraca jego smak, bo tylko Jezus może dać pełnię życia. Dlatego potrzeba znaków miłosierdzia. W drodze, 10/2008



Kiedy szedłem na spotkanie z wami, jeden z moich współbraci powiedział: „Spytaj, czy rzeczywiście konieczne jest to całe zamieszanie”. Dlaczego wychowani w wierze w sposób tradycyjny reagują z pewnym sceptycyzmem na charyzmaty?

EP: Kiedy zaczynaliśmy, misjonarze mówili: „Przyjdź, Duchu Święty, ale bez efektów specjalnych!”. Nas też to wszystko trochę przeraża. To jest chodzenie po wodzie. Droga religijna oparta na formułach i rytuałach daje poczucie ludzkiego bezpieczeństwa. Poruszasz się po obszarze dobrze ci znanym. Wiesz, że nie zajdziesz dalej, niż chcesz. Inaczej jest z ruchem charyzmatycznym. Ojciec Raniero Cantalamessa, kaznodzieja Domu Papieskiego, mawia, że doświadczyć wylania Ducha Świętego to jakby oddać ster własnego życia w ręce drugiej osoby. To nieprzerwane wyzwanie – również dla nas.

Nigdy nie wiemy, jak Bóg pokieruje życiem naszym i wspólnoty. Zdarza się, że przez charyzmaty Ducha Świętego Bóg ciągnie nas za uszy, każe zmienić kierunek, zmusza do podjęcia kroków wymagających we wspólnocie dużej odwagi. Na początku zawsze jest strach. Na przykład misjonarze wyruszają na misje bez pieniędzy, śpią na ulicy, pod mostami. Idą ewangelizować tam, dokąd Pan ich prowadzi. W każdym z nas – nie tylko w ludziach, którzy jeszcze nie znają Ducha Świętego – taka sytuacja budzi opory.

Niesienie tak ogromnej mocy czasem przyprawia o bóle żołądka. Za każdym razem, kiedy celebrujemy chwile uzdrowienia, przeżywamy moment niepewności: co się stanie, przed czym tym razem Duch Święty nas postawi? Jest to sytuacja całkowitego zawierzenia, zdania się na coś, co pozostaje w totalnej sprzeczności z naszą tradycyjną mentalnością, często zamykającą drzwi Duchowi Świętemu.

Czy mimo nieprzewidywalności istnieje scenariusz waszych spotkań modlitewnych?

AC: Składają się z kilku różnych elementów. Jednym z nich jest kazanie. Trzeba mówić w sposób żywy, pozwolić się prowadzić Duchowi Świętemu, który przez nas działa. Wtedy modlitwa może dać owoce. Pan zawsze – w taki czy inny sposób – daje ci poznać, czy głosiłeś według Jego wskazówek, czy według własnej teologii. Daje znaki, wyrażające się zdaniem wypowiedzianym przez kogoś z obecnych, płaczem ludzi, spoczynkami w Duchu Świętym – a wszystko to podczas kazania. Wielu zostaje wtedy uzdrowionych, wielu się nawraca.

Kolejny element to adoracja. Celebrując w każdy czwartek Mszę Świętą, zaczynam od godzinnej, półtoragodzinnej modlitwy o uzdrowienie. Następnie odprawiam krótką Mszę, po niej ma miejsce adoracja i procesja. Wtedy następują uzdrowienia. Adorację, niezależnie od tego, czy trwa trzy godziny, czy 20 minut, należy przeżywać. Może to być cudowne doświadczenie Boga, ale jest to zawsze czas adoracji, a nie żywiołowości. Wreszcie ostatni moment: wielbienie – świętowanie, radość, kiedy ludzie zaczynają skakać i klaskać przed Najświętszym Sakramentem.

Różne osoby z różnym natężeniem przeżywają poszczególne momenty. Nie powinno się niczego hamować, blokować, ale pozwolić się prowadzić Duchowi Świętemu. Trzeba mieć otwarty umysł, być gotowym na wszelkie możliwości. Podczas wczorajszego spotkania w Poznaniu był moment, gdy oklaski zabrzmiały jak wybuch. Ludzie nie chcieli przestać. Wtedy poczułem, że wy, kapłani, powinniście wszyscy razem wznieść w górę Najświętszy Sakrament. I wtedy rozbrzmiały jeszcze głośniejsze oklaski.

W tym tak podniosłym momencie przynajmniej trzech z nas, dominikanów, kompletnie nic nie czuło. Dla wszystkich było oczywiste, że tak właśnie należy się zachować, ale jeśli chodzi o odczucia, wzruszenie – to nic w nas się nie działo.

AC: My, kapłani, zbyt wiele rozważamy, analizujemy – stąd tym bardziej musimy prosić Ducha Świętego o umiejętność otwarcia się, byśmy potrafili wychwycić każdy moment, chwilę obecną.

EP: Podążanie za Duchem Świętym często nie współbrzmi z odczuciami. Zazwyczaj bywa tak, że ci spośród nas, którzy są powołani do tego, by rodzić więcej owoców, czują mniej. Istnieje bowiem coś takiego jak płodność Krzyża, o której mówi św. Paweł: „Tak więc działa w nas śmierć, podczas gdy w was – życie” (2 Kor 4,12). Jego życie było ciągłym pasmem prób zewnętrznych i wewnętrznych – a który spośród apostołów w historii Kościoła był bardziej płodny od niego? Główne kryterium pozostaje zawsze to samo: owoce.

Gdziekolwiek pojedziemy, zawsze przychodzi dzień – drugi, trzeci naszego pobytu – gdy Kościół nie jest w stanie pomieścić wszystkich chętnych. Wczoraj ludzie siedzieli na podłodze w prezbiterium. Tak samo było u was w Warszawie, a przecież tamtejszy kościół jest olbrzymi. Jeśli widać, że ludzie przychodzą, reagują, odpowiadają – nie pozostaje nam nic innego, jak podążać za Duchem. Doświadczenie Ducha Świętego nie jest zatem faktem czysto emocjonalnym. W jakimś sensie dotyczy również emocji – powoduje uczucie ciepła, płacz – ale nie chodzi tylko o emocje.



«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama