Rozmyślania u kresu drogi

Prawdy o totalitaryzmie, paradoksalnie, widać więcej w czasach naszych – czasach jednostek i ich praw. Tygodnik Powszechny, 9 grudnia 2007




Okupacja hitlerowska pozostawiła wiele ran na ciele i duszy narodu, ale hipokryzja nie była jedną z nich. Za to w zadawaniu tej właśnie rany celował totalitaryzm stalinowski, a bodaj w jeszcze większej mierze autorytaryzm, jaki po nim nastąpił. Masowa produkcja hipokryzji była nieodłączną (nawet jeśli niezamierzoną, a tym bardziej nienazywaną po imieniu) cechą komunizmu sowieckiego i reżymów, jakie gotów był on tolerować w swojej „sferze wpływów”. Od narodu domagano się, by był kongregacją bezmyślnego posłuszeństwa i dyscypliny, niekoniecznie wiary: a więc, w istocie rzeczy, kongregacją zakłamania... Z wyjątkiem krótkiego, wstępnego Sturm und Drang Periode, mało kto, włączywszy elitę władzy, wierzył w głoszone hasła – obowiązkiem powszechnym było natomiast ich powtarzanie przy każdej publicznej okazji. Z biegiem czasu wszelka wiara, a już szczególnie wiara niezachwiana, stawała się dla władzy wręcz niebezpieczna: przekonanie o nieomylności zasad wiodło wszak nieubłaganie do odkrycia omylności ich interpretatorów.

Wedle niepisanego konkordatu regulującego relacje wzajemne władzy i narodu, władza miała zachowywać się tak, jakby przejęta była bez reszty wdrażaniem głoszonego przez siebie programu społecznego dobrobytu i sprawiedliwości, a naród miał wypowiadać się w miejscach publicznych tak, jakby jej ufał. Do czego jak do czego, ale do codziennych spotkań władzy i ludu odnosiła się w pełni Vaihingerowa reguła als ob. Nie była przy tym ta reguła dodatkiem do systemu, ale niezbędnym warunkiem jego trwania. Sołżenicyn w latach wygnania zaproponował rodakom „dzień bez kłamstwa”; suponował, że wystarczy takiego dnia, by się system sowiecki zawalił. Czy miał rację, nigdy się już nie dowiemy, ale supozycja nie zdawała się być bardziej absurdalną od systemu, do jakiego się odnosiła.

Wątpliwości co do realizmu Sołżenicynowej propozycji wynikały z rozważenia czynników, by tak rzec, geopolitycznych. Tzw. Zachód umył w Jałcie ręce od mieszania się w sprawy ludów zamieszkałych na wschód od Łaby, i od tego czasu potwierdzał wielokrotnie, w czynach bardziej wprawdzie niż w wykrętnych słowach, że poza powtarza-niem ad nauseam własnego zestawu haseł odmiennych od poza-łabskich nie ma zamiaru na nowo rąk sobie tymi sprawami brudzić. Polacy, nawet najzajadlej antykomunistyczni i najradykalniej zbuntowani, mogli liczyć na słowa pociechy, ale nie na pomoc z zewnątrz, a przecież tylko szaleńcy i niepoprawni romantycy mogli marzyć o takim samotnym pojedynku z potęgą wschodniego sąsiada, który mógłby się dla kraju skończyć lepiej niż wszystkie powstania, od listopadowego poczynając, a na warszawskim kończąc, a pewnie do gettowego najbardziej byłby podobny... A znów myśl o implozji, o załamaniu się samoistnym sowieckiego imperium, nie rodziła się nie tylko w kręgach krajowej, trzeźwo i rzeczowo rozumującej inteligencji, ale i w żadnym z szanowanych i obdarzanych przez nią autorytetem, a opływających w fundusze i pełnych mózgów najwyższego kalibru instytutów „sowietologicznych” świata; nie zrodziła się taka myśl nawet wiele lat później, gdy kolosowi cherlały już z dnia na dzień gliniane nogi. W tych warunkach życie w kłamstwie było warunkiem przetrwania kłamiących nie mniej niż domagającego się hipokryzji reżymu. Co się tyczy reżymu, mógł on wszak sobie lekce przyzwolenie swych podwładnych ważyć – a to z tychże powodów, dla których mógł się ich pozornym, szczerze nieszczerym przyzwoleniem znakomicie obejść.

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama