Trzydziestka w epoce kamienia łupanego

Któż jak Bóg 3/2018

O 30 latach spędzonych wśród ludzi żyjących w innej rzeczywistości, niż ta europejska – z ks. Bogdanem Świerczewskim, michalitą posługującym w Papui-Nowej Gwinei rozmawia Stefan Czerniecki.

 

Drogi Ojcze, jak to jest, że człowiek mieszkający w Polsce, wychowany tutaj, kochający polską kulturę, mający polską tożsamość, nagle decyduje się wyjechać w egzotykę? Bo Papuę-Nową Gwineę trzeba bez wątpienia uznać za egzotyczną…

Odpowiedź jest bardzo prosta: Boża Opatrzność. Inspiracja Ducha Świętego. Gdy byłem jeszcze klerykiem w seminarium, podano mi do wypełnienia ankietę. Jedna z rubryk dotyczyła działalności misyjnej. Napisałem wówczas, że jako jedną z perspektyw mojej pracy jako członka zgromadzenia widzę dla siebie pracę na misji. Po latach okazało się, że przełożeni wzięli to pod uwagę.

Jednak nie od razu. Wpierw, gdy zostałem już wyświęcony, skierowali mnie do parafii w Jasieniu-Ustrzykach Dolnych. I po około półtora roku pracy w tym miejscu ówczesny generał naszego zgromadzenia, świętej pamięci biskup Jan Chrapek, zadzwonił do mnie z pytaniem, czy nie chciałbym wyjechać na misje…

…Bo skoro Ojciec sam się zadeklarował w ankiecie, to przyszła pora na powiedzenie przez przełożonego" „Sprawdzam”.

Tak to można by nazwać. Generał zaproponował mi placówkę w Papui-Nowej Gwinei. I dał tydzień na podjęcie decyzji. Na przemyślenie, na modlitwę. Trzeba było się szybko decydować. (śmiech)

Spróbujemy wrócić pamięcią do tamtego czasu. Młody chłopak, zakonnik ląduje na obcym lądzie. W zupełnie nieznanej sobie rzeczywistości. W kraju wyjętym jakby z epoki kamienia łupanego. Gdzie mieszkańcy żyją w ubogich chatkach, gdzie cywilizacja jest hen-hen za tą zapamiętaną z Europy.

Pierwszą barierą był na pewno klimat. Opuściłem Polskę zimą. Przyjechałem do Papui i momentalnie doznałem szoku. Z początku było naprawdę trudno. Po pewnym czasie jednak i to mija. Człowiek się przyzwyczaja.

Druga sprawa to właśnie to, o czym wspominasz. Te chaty pokryte strzechą, kamienne bloki, gliniane ściany. Owszem, wyobrażałem sobie to wszystko przed przyjazdem, ale przyznam, że nie aż tak. Rzeczywistość przerosła nawet te moje wyobrażenia.

Wylądował Ojciec w tzw. „Higlandzie”, czyli w sercu wyspy, pośród gór. Z tego, co zdążyłem zauważyć, a także z Ojca opowieści wynika, że tutejsi ludzie mają w sobie bardzo dużo chęci odwetu, niezdrowego rewanżu. Zawistnego odpłacenia pięknym za nadobne. W Papui żyje ponad 800 plemion. Siłą rzeczy pojawiają się między nimi kłótnie, wzajemne animozje. Dochodzi też do wojen. Jak na to wszystko z perspektywy tylu lat spędzonych na Papui patrzy michalita?

Tak, to wszystko prawda. Te konflikty, wzajemne animozje, stanowią rzeczywiście duży problem. Wojny plemienne, najazdy... A teraz i tak nieco się to uspokoiło. Ale jeszcze w 1991 roku, gdy tu przybyłem, to było naprawdę straszne. Zwłaszcza tutaj, w górach, tych konfliktów było bardzo dużo. Przez kilka kolejnych lat nie było roku bez wojny.

Co to właściwie znaczy "wojna plemienna"?

To wojna wybuchająca, gdy dwa zwaśnione klany chcą wyrównać rachunki. Gdy dochodzą do momentu, że nie widzą innej drogi rozwiązania sporu.

O co może się toczyć taki spór?

Choćby o ziemię. To po pierwsze. Ale i o kradzież, np. świni. Warto w tym miejscu wyjaśnić naszym Czytelnikom, że w Papui świnia to niezwykle ważne zwierzę. Posiadanie świni nobilituje społecznie. Trzeci powód, dla którego może być wywołana taka wojna, to kobieta…

Gdy się ją porwie?

Na przykład. Albo gdy zakocha się w niej członek wrogiego klanu i ją sobie weźmie. Różne mogą być powody.

Jak to wszystko Ojciec znosił? Ten czas wojen musiał być prawdziwą próbą charakteru.

Najbardziej przykrym momentem mojego czasu posługiwania na tutejszej misji był ten, w którym musiałem opuścić stację. Musiałem po prostu uciekać. Istniało realne zagrożenie, że spalą cała wioskę. Łącznie z domem misjonarza.

To nie obowiązują żadne reguły?

Kiedyś wyglądało to trochę inaczej. Istniało tzw. prawo wojenne. Zwaśnione plemiona wyznaczały sobie pole bitwy, tak, by było jasne kto i kiedy się bije. Nie można było palić domów, zabijać kobiet. Kto nie był na polu bitwy, tego nie można było ruszyć. Teraz już tego nie ma. Wojny pozbawiono jakichkolwiek reguł.

Czytałem o wynajmowanych najemnikach, którym płaci się za to, by dokonywali odwetu za krzywdy...

To jeden z bardziej przykrych elementów tych wojen. Ci ludzie czerpią dochody z bycia najemnikami. Różnie ich nazywają. Często inspirując się imionami filmowych bohaterów. Np. „Rambo”. I takich „Rambo” trzeba się bać. Bo to są najgroźniejsze typy. Nie mający absolutnie żadnych skrupułów. Przyjeżdżają, aby zabijać.

A co z przemieszczaniem się w trakcie takiego konfliktu zbrojnego? Co z ciągami komunikacyjnymi? Istnieje w ogóle coś takiego?

Drogi są często blokowane. Czasem przez walczące strony, a czasem przez zwykłych rabusiów. Sam miałem taką przygodę, gdy jechałem z kolegą samochodem i nagle zobaczyliśmy na drodze zwalony konar. A za nim rabusiów. Zwolniłem, aby dać im znać, że zamierzam się zatrzymać. Na całe szczęście z boku drogi zobaczyłem wąską szczelinę, której jeszcze najwidoczniej nie zdążyli zatarasować. Rabusie opuścili karabiny, myśląc, że się zatrzymujemy. I wtedy przyspieszyliśmy, aby zmieścić się w tej szczelinie. Udało się. Uciekliśmy.

Jest też Ojciec egzorcystą…

Tak, to prawda. Posługuję na Papui również jako egzorcysta.

Jak więc egzorcysta podchodzi do tutejszych plemiennych wierzeń? Papua słynie przecież z praktyk z pogranicza magii. Papuasi są ciekawi tego tajemniczego świata. Jak na to reaguje egzorcysta z Polski?

Faktycznie, niektóre formy ich obrzędowości mogą budzić kontrowersje, czy nawet jawny sprzeciw. Choćby tajemnicze ceremonie podczas wspominanych już wojen. Rada starszych potrafi podczas takiej ceremonii próbować przywołać ducha zabitego – tego samego, którego śmierć stała się przyczynkiem do wojny – i prosić go o pomoc w trakcie walk. To jest szatańskie. Nie mam co do tego wątpliwości. Zadaniem nie tylko egzorcysty, ale i każdego księdza, jest uświadamianie tym ludziom, że to jest niebezpieczne, złe.

Dużo ma Ojciec pracy jako egzorcysta?

Nie spotkałem się jeszcze z otwartymi manifestacjami demonicznymi, aczkolwiek pewne rzeczy się po prostu czuje. Choćby podczas odprawiania Mszy Świętej, która sama w sobie jest już potężnym egzorcyzmem. Podczas takich Mszy czujemy, jak działa Moc Boża. Jak zmienia tych ludzi.

Oprócz michalitów w Papui posługują też inni zakonnicy. Wśród nich także werbiści. Jeden z nich, Kazimierz Niezgoda, pracuje tutaj już bodaj 50 lat…

Tak, tak… Będzie z 50 lat. To chodząca skarbnica wiedzy o tej ziemi.

Jemu także przydarzyły się dwie niezwykłe historie związane z walką duchową toczoną na Papui Nowej Gwinei…

Tak, Kazio miał dwie takie historie. Któregoś razu pewna wspólnota poprosiła go o przeprowadzenie egzorcyzmu nad ich wioską. Mieli w przeszłości wiele wojen, konfliktów – chcieli się od tego wszystkiego odciąć i poprosili o pomoc księdza. Kazik się zgodził. Przyjechał, odprawił Mszę Świętą i po wszystkim zaczął modlić się, aby wyrzucić Szatana z tej ziemi, z tego miejsca. I w tym samym momencie piorun uderzył w stojący przy kościele krzyż, który rozpadł się na drobne kawałeczki. Ojciec Kazimierz wspomina, że zobaczył wtedy wściekłość Szatana.

Innym razem przyjechał on w to samo miejsce, aby odprawić Mszę Świętą. I w jej czasie nastąpiło trzęsienie ziemi. O. Kazimierz akurat modlił się, mając zamknięte oczy. Gdy je otworzył, zobaczył, że wszyscy wierni są już dawno przy drzwiach kościoła uciekając w strachu przed trzęsieniem ziemi. On niestety nie zdążył. Jedna z belek przygniotła go. Kazik wspominał potem, że myślał, że już po nim. Wtem nagle pojawił się ktoś, kto mu pomógł. Podniósł belkę i pomógł mu wydostać się na zewnątrz. Zakonnik był uratowany. Każdy z nas ma tu, na Papui, swoje przygody, swoje doświadczenia. Decydując się na posługę tutaj, siłą rzeczy godzimy się na takie historie.

A tak patrząc z perspektywy czasu: warto było rozpoczynać posługę na Papui-Nowej Gwinei?

Tak, z całą pewnością było warto. Oczywiście, wiele jest jeszcze do zrobienia od strony ekonomicznej, ale my, misjonarze, patrzymy na ten problem jeszcze z innej perspektywy – od strony duchowej. W tej kwestii, kiedy patrzę na rozmodlone grupy Legionu Maryi, Rycerzy św. Michała, czy Apostolatu Miłosierdzia Bożego – złożone z Papuasów – to z całą odpowiedzialnością stwierdzam, że było warto. Pamiętajmy, że jesteśmy tylko narzędziami w rękach kochającego i miłosiernego Ojca. To jest Jego wola. Trzeba czynić wszystko, co w naszej mocy, i oddawać wszystko w Jego Miłosierne Ręce. Wtedy będzie dobrze.

 

z ks. Bogdanem Świerczewskim CSMA misjonarzem w Papui-Nowej Gwinei rozmawiał Stefan Czerniecki - czerniecki.net

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Pobieranie...