Świat nie jest bezpieczniejszy

Niedziela 21/2011 Niedziela 21/2011

Czy świat po zabiciu Osamy bin Ladena jest bezpieczniejszy? Niekoniecznie. Trzeba się liczyć z możliwością odwetu zwolenników arabskiego terrorysty, którzy uważają go teraz za szahida – męczennika

 

Informacja o zabiciu szefa Al-Kaidy wywołała euforię w USA. Tysiące wiwatujących ludzi zgromadziły się w centrach miast. Tłumy przyszły na Ground Zero na nowojorskim Manhattanie, gdzie w 2001 r. po staranowaniu przez samoloty zwaliły się wieżowce World Trade Center, grzebiąc 3 tys. ludzi. – To dla nas zamknięcie pewnego rozdziału – mówili reporterom ludzie na Ground Zero. – Schwytanie lub zabicie bin Ladena było dla nas sprawą honoru.

Zadowolenie z faktu wyeliminowania szefa Al-Kaidy wyrazili przywódcy państw należących do koalicji antyterrorystycznej, m.in. premierzy Wielkiej Brytanii, Włoch oraz Izraela. Także Polski. – Wszyscy odczuliśmy ulgę, bo sprawiedliwość zatriumfowała – mówił Donald Tusk. – To ważny dzień dla Polski – dorzucił prezydent Bronisław Komorowski. – Obudziliśmy się w bezpieczniejszym świecie – uzupełnił Jerzy Buzek, przewodniczący Parlamentu Europejskiego.

Czy jednak śmierć Osamy bin Ladena w Abbotabbad w Pakistanie oznacza przełom w wojnie z terroryzmem? Niekoniecznie: nie oznacza ona bowiem końca organizacji. Wszak Al-Kaida jest organizacją o charakterze sieciowym („al-kaida” oznacza sieć, a organizacja ma taką właśnie, zdecentralizowaną strukturę – wielu luźno związanych organizacji terrorystycznych), nie posiada jednego centrum dowodzenia, a jej członkowie nie są uzależnieni od decyzji jednego wodza. Śmierć przywódcy i ideologa nie pociągnie za sobą rozpadu całej organizacji. Zagrożenia pozostaną. Trzeba też liczyć  się z atakami na chrześcijan na Bliskim Wschodzie, którzy są kojarzeni ze światem zachodnim.

Nic dziwnego, że władze USA dmuchają na zimne. Dyrektor CIA Leon Panetta powiedział, że Al-Kaida „niemal na pewno weźmie odwet”. Na fali dążenia do pomszczenia zabitego przywódcy terroryści mogą przeprowadzić ataki terrorystyczne przeciwko obiektom i obywatelom USA przede wszystkim w krajach Bliskiego Wschodu, ale także na terytorium Stanów Zjednoczonych i w Europie.

Marka Al-Kaidy

Gen. Sławomir Petelicki, współtwórca i były dowódca GROM-u, ocenia, że wraz ze śmiercią Osamy bin Ladena nie dokonał się żaden istotny przełom w walce z terroryzmem, bo nie mógł się dokonać. A że Amerykanie wpadli niemal w euforię? Można to tłumaczyć tym, że uznali to za wymierzenie sprawiedliwości za zabicie 3 tys. niewinnych ludzi w atakach 11 września 2001 r. Jeśli jednak ktoś uznał, że to początek końca terroryzmu, jego radość jest przedwczesna. Trudno spodziewać się, aby śmierć jednego człowieka zadecydowała o końcu wojny z terroryzmem.

– Groźba zamachów terrorystycznych nie zmniejszy się, lecz się zwiększy – podkreśla generał. – Al-Kaida będzie musiała teraz pokazać, że działa, że istnieje i liczy się. Ma dziś przecież zwolenników prawie na całym świecie. Z jednej strony – są to biedni ludzie, np. masy muzułmanów w Indonezji, z drugiej jednak są to też bossowie narkotykowi. Terroryzm to także biznes narkotykowy. Bossom narkotykowym zależy na tym, żeby chronić markę Al-Kaidy, żeby była ona traktowana z respektem i mogła chronić ich interesy.

W zdominowanej przez muzułmanów Indonezji odbyły się chyba najbardziej emocjonalne demonstracje niezadowolenia ze zgładzenia szefa Al-Kaidy. W jawajskiej miejscowości Solo manifestację zorganizowała nowo zawiązana grupa Al-Kaida Solo, która jako cel działania zadeklarowała ataki na USA. Ulicami Solo przeszła grupa zamaskowanych mężczyzn w białych strojach religijnych, zapowiadających kontynuację działań terrorystycznych bin Ladena. A ideolog grupy zakomunikował, że grupa dysponuje setką osób zdecydowanych oddać życie w zemście za śmierć męczennika, który oddał swe życie w walce o wyzwolenie świata muzułmańskiego. Dla nich wraz ze śmiercią Osamy bin Ladena narodził się nowy szahid (męczennik), z którego imieniem na ustach mogą umierać kolejne rzesze bojowników, otumanionych szaloną ideą fałszywie rozumianego islamu.

Sukces propagandowy

Zgładzenie Osamy bin Ladena, obserwowanego przez wiele miesięcy w twierdzy pod Islamabadem, odbyło się w momencie dogodnym dla administracji amerykańskiej – podkreśla wielu komentatorów. Barack Obama z pewnością potrzebował już jakiegoś sukcesu, bo jego prezydentura do tej pory nie mogła się takimi poszczycić – podkreśla politolog dr Przemysław Żurawski vel Grajewski z Uniwersytetu Łódzkiego.

Tymczasem w zagrożeniu terroryzmem niewiele się zmieniło. Ani nie wzrosły, ani szczególnie nie zmalały techniczne zdolności Al-Kaidy do zadawania ciosów. Należy to rozpatrywać raczej w kategoriach sukcesu propagandowego, skierowanego do opinii publicznej nie tylko w USA, ale też na zachodzie Europy, polegającego na potwierdzeniu, że Stany Zjednoczone są w stanie dosięgnąć nawet najbardziej zakonspirowanego wroga – uważa politolog.

Czy są w stanie? Nie do końca, niemniej, jak podkreśla gen. Petelicki, przez te 10-15 lat, gdy trwało polowanie na założyciela Al-Kaidy, amerykańskie służby specjalne sporo się nauczyły. Pochodzący z Arabii Saudyjskiej Osama bin Laden na pozycji wroga numer jeden USA pojawił się jeszcze w latach 90. Kierowana przez niego organizacja przeprowadziła wiele zamachów, w tym m.in. w 1993 r. na budynek World Trade Center (w eksplozji zginęło 6 osób, a ponad 1000 zostało rannych), a w 1998 r. na ambasady USA w Kenii i Tanzanii.

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama