ONZ, polityka i prawa człowieka

Przez pewien czas po upadku żelaznej kurtyny zachowywaliśmy się na Zachodzie, jakbyśmy ciągle śpiewali: „we are the champions”, „we are the world”; wydawało się nam, że uosabiamy intencje całej społeczności międzynarodowej, która może jest słaba, może niedomaga, ale my potrafi my ją niejako wyręczyć. Znak, 12/2008



W Polsce powstawały komitety helsińskie – no, ale u nas było łatwiej, bo zawsze byliśmy częścią cywilizacji zachodniej. A weźmy za przykład prawa człowieka w świecie islamu: na ich rzecz działają przede wszystkim intelektualiści islamscy, którzy kształcili się na Zachodzie. Generalnie rzecz biorąc, polityka pomaga w upowszechnianiu praw człowieka, choć oczywiście trzeba z tym uważać. Zarzut o upolitycznianie tematu podnoszą często ci, którzy tych praw po prostu nie chcą… Timothy Garthon Ash pisał kilka lat temu, że dla społeczeństw słabiej rozwiniętego Południa kiedy w przeszłości Zachód mówił „Chrystus”, myślał „bawełna”, a dziś mówiąc: „demokracja”, myśli: „ropa naftowa”. Niewątpliwie, coś w tym jest.

Wszystko jednak zmieniło się na początku obecnej dekady – w chwili, gdy zaczęła się wojna z terroryzmem.

Fakt, że z terroryzmem trzeba walczyć, nie ulega żadnej wątpliwości. Że trzeba walczyć bezwzględnie – też jest pewne. Natomiast podczas tej walki popełniono wiele błędów oraz, w celach ideologicznych, nadużyto samą koncepcję wojny z terroryzmem. Nie można, przykładowo, przedstawiać wojny w Iraku jako kampanii, której celem było obalenie tyrańskiego reżimu gwałcącego prawa człowieka, jeżeli w toku takiej wojny ginie kilkaset tysięcy ludzi, głównie cywilów. Takiej wojny nie można usprawiedliwić w żadnych kategoriach, a już na pewno nie w kategoriach praw człowieka czy upowszechniania demokracji!

Kiedy dzieje się coś takiego, tracimy mandat moralny, legitymację, na którą długo pracowaliśmy. Sposób, w jaki popieramy prawa człowieka, może delegitymizować naszą pozycję. Ostatnio zdarzyło się nam, niestety, kilkakrotnie „strzelić sobie w stopę”. W efekcie w polityce państw zachodnich dyskurs na rzecz praw człowieka wyraźnie w ostatnich latach osłabł. Po „złotej dekadzie” lat 90. mamy obecnie okres regresu i odwrotu od praw człowieka.

Czy widzi Pan możliwość zmiany tej sytuacji w związku z dojściem do władzy w Stanach Zjednoczonych Baracka Obamy? Jaka jest szansa na przyznanie się Amerykanów do ostatnich błędów popełnionych w imię walki o prawa człowieka?

Istnieje taka możliwość, choć z drugiej strony do tej pory w wypowiedziach Obamy nie dostrzegłem zbyt dużego zainteresowania prawami człowieka na świecie.

Ameryka jest krajem najbardziej zasłużonym w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat w upowszechnianiu praw człowieka. Na obecnym sumieniu Ameryki ciąży jednak na przykład Guantanamo. To jest coś nie do zaakceptowania. Jeśli Obama zamknie ten obóz, Stany Zjednoczone odzyskają trochę z poprzedniej pozycji, choć nie musi to oznaczać, że znów będą się angażować pozytywnie, tak jak robili to prezydenci Carter, Reagan czy Clinton.

Nie widzę na to ochoty w amerykańskim establishmencie. Być może dlatego, że kraj jest skoncentrowany na sobie, przeżywa głęboki kryzys wewnętrzny – jest to też kryzys sumienia w związku z tym, co się stało: rewolucja neokonserwatywna i jej następstwa to był proces, którego znaczenia my w Polsce, zapatrzeni w Amerykę jak w „miasto na wzgórzu”, zupełnie nie doceniamy.

Kiedyś Richard Lee Armitage powiedział w wywiadzie dla jednej z polskich gazet, że Ameryka nieprędko stanie się siłą dobra, skoro po 11 września eksportowała głównie złość i nienawiść. Kto to mówił? Numer 2 w Pentagonie! To dowodzi, że w samym społeczeństwie amerykańskim mamy do czynienia z szeroką akceptacją dla polityki nieprzyzwoitości.

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama