ONZ, polityka i prawa człowieka

Przez pewien czas po upadku żelaznej kurtyny zachowywaliśmy się na Zachodzie, jakbyśmy ciągle śpiewali: „we are the champions”, „we are the world”; wydawało się nam, że uosabiamy intencje całej społeczności międzynarodowej, która może jest słaba, może niedomaga, ale my potrafi my ją niejako wyręczyć. Znak, 12/2008



Może i naruszyliśmy wtedy reguły gry, ale z drugiej strony podnosi się wiele głosów, że dzięki tamtej interwencji udało się skutecznie zapobiec rozprzestrzenieniu się konfliktu serbsko-albańskiego na sąsiednie kraje bałkańskie.

Nie twierdzę, że nie należało interweniować w ogóle. Chodzi natomiast o sposób i motywację tamtej akcji. Z wojskowego punktu widzenia była to operacja źle przeprowadzona. Nie da się jej obronić. Zginęło wielu Serbów i Kosowian, a po trzech miesiącach bombardowań otrzymaliśmy dokładnie to, na co Serbowie i tak zgadzali się przed wojną. Miloszewić zaakceptował wszystkie postanowienia tzw. grupy kontaktowej z wyjątkiem dwóch ostatnich punktów. I w rezolucji 1244 Rady Bezpieczeństwa kończącej tę wojnę te dwa punkty się nie znalazły. Wojna była niepotrzebna.

Za interwencją w Kosowie nie stały wyłącznie szlachetne pobudki. Chcieliśmy po prostu ukarać Miloszewicia. Uznaliśmy, że to jest dobry moment, by odpłacić mu za lata 90. i różne nasze niepowodzenia. Chciano także przeforsować własną wizję ładu w tej części Europy. Mówię to z całą odpowiedzialnością, dlatego że przyglądałem się z bliska całemu procesowi decyzyjnemu. Jest taka maksyma: „if force is used to do justice, law will follow”. Tak jednak w tym przypadku nie było.

Kiedy zatem po wojnie w ONZ chcieliśmy doktrynę interwencji humanitarnej ubrać w szaty prawa międzynarodowego, cały świat powiedział: „mowy nie ma! – nie tak mają wyglądać interwencje humanitarne!”. Co więc uczyniono? Przedstawiciele Kanady wrócili do sprawy, zainspirowali powstanie międzynarodowej komisji, która nazwała interwencję humanitarną inaczej – zasadą „odpowiedzialności za ochronę” (responsibility to protect).

Świat nie chciał słyszeć terminu „interwencja humanitarna” i dlatego zastosowano ten arcyinteligentny wytrych językowy: w Dokumencie Końcowym ze szczytu ONZ z okazji sześćdziesięciolecia tej organizacji, w roku 2005, zapisano zasadę „odpowiedzialności za ochronę”. Problem w tym, że jak dotąd nie skorzystano z tej klauzuli, mimo że było już kilka okazji – choćby Darfur czy Kongo – w których Rada Bezpieczeństwa mogłaby się do niej odwołać i wysłać oddziały ONZ.

Czy wpływ na to ma fakt, że po 2001 roku i rozpoczęciu tak zwanej wojny z terroryzmem Stany Zjednoczone coraz częściej mówią o wojnie prewencyjnej i operacjach wyprzedzających?

Zdecydowanie tak. W Kosowie „strzeliliśmy sobie w stopę” w kwestii interwencji humanitarnej, a poprzez to, w jaki sposób prowadzimy wojny w Iraku i Afganistanie, upośledziliśmy się w kontekście zasady „odpowiedzialności za ochronę”. Wyraźnie przeceniamy zdolności siły militarnej do stabilizowania sytuacji czy budowy lepszego świata.

W przypadku obu konfliktów ignorujemy polityczny wymiar ich rozwiązywania. Sposób przeprowadzenia operacji irackiej to było fundamentalne pogwałcenie Karty Narodów Zjednoczonych. Do ONZ można mieć wiele pretensji, ale zawsze, kiedy coś nie wychodzi, szukanie winy należy zacząć od samego siebie: gdzie popełniliśmy błąd?

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama