Plemienna wiara

Tygodnik Powszechny 40/2010

Chrystus nie był zainteresowany walką o wyzwolenie narodowe. W Kościele tożsamość narodowa przestała mieć religijne znaczenie.

 

Uczestnicy demonstracji na Krakowskim Przedmieściu domagali się intronizacji Chrystusa na króla Polski. Miałby to być jedyny ratunek dla narodu polskiego przed inaczej nieuchronnym – bądź już się dokonującym – upadkiem: politycznym, społecznym, moralnym. Nie mogę się uwolnić od jednej uporczywej myśli: że wszystkich tak myślących ludzi czeka zawód podobny do tego, jaki najprawdopodobniej przeżywali palestyńscy Żydzi wobec zupełnej obojętności Jezusa na kwestie narodowowyzwoleńcze (z jedną różnicą: oni faktycznie byli okupowani).

Innym zostawiam analizę społeczno-polityczną tych wydarzeń. Mnie interesuje ich teologiczne tło. Jestem przekonany, że w ostatnich miesiącach w Polsce ujawnia się konflikt dwóch koncepcji zbawienia, dwóch niedających się ze sobą pogodzić soteriologii. Konflikt to w istocie stary jak Jezus – bo to Jego osoba i nauczanie rozpaliło ów spór po raz pierwszy.

Symbioza

Zgodnie z tym, na ile umiemy dziś odtworzyć wyobrażenia o zbawieniu rozpowszechnione wśród palestyńskich Żydów za czasów Jezusa, wiemy, że były one związane z doczesnym bytem narodu. Wokół tego krążyła zresztą cała teologia Izraela. Bóg był ich Bogiem także, a może nawet przede wszystkim w tym sensie, że nie był Bogiem innych narodów – w epoce proroków dojrzało przekonanie, że „tamci” bogowie nie są w ogóle bogami. Przynosił Izraelowi pomyślność – także kosztem innych.

Dzieje narodu były historią zbawienia w takim znaczeniu, że stanowiły drogę, którą Bóg prowadzi lud ku pełni doczesnej pomyślności. Jeśli zdarzały się nieszczęścia, jak wojny czy okresy niewoli, to były odczytywane albo jako zbiorowa kara za grzechy, albo jako próba wierności. W ramach takiego obrazu historii, jeśli narody ościenne nie znikały z drogi Izraela, to dlatego, że Bóg nimi się posługiwał dla dobra swego ludu – choćby jako narzędziami kary... Nienawiść do wrogów nie była niczym nagannym. Przeciwnie: „szczęśliwy, kto schwyci i rozbije o skałę” dzieci Babilonu – czytamy w Psalmie 137.

Ten rodzaj soteriologii pociągał oczywiście całkowitą symbiozę (aż po utożsamienie) tożsamości narodowej i religijnej. Bóg Izraela był Bogiem Abrahama, Izaaka, Jakuba: Bogiem, który przechodzi z ojca na syna wraz z całym dziedzictwem, zresztą jako stróż i gwarant tego dziedzictwa. Kult Jahwe był osią, wokół której organizowało się życie ludu, czego namacalnym wyrazem było z jednej strony jedyne legalne miejsce ofiarniczego kultu w Jerozolimie, z drugiej – nadane bezpośrednio przez Boga prawo, które organizowało większość aspektów życia, od tych bezpośrednio związanych z kultem aż po „świeckie” kwestie, jak reguły handlu czy prawo karne. Bycie Żydem oznaczało zatem praktykowanie wiary w Jahwe i vice versa.

Ten typ narodowej soteriologii nie był bynajmniej oryginalnym wynalazkiem Izraela (zdecydowana większość kultów starożytnych miała plemienny charakter). I dość wcześnie zorientowano się, że można jej używać jako narzędzia wzmacniającego jedność imperiów. Lista bardziej czy mniej świadomych prób jednoczenia ludów poprzez wspólny kult byłaby dość długa, przy czym nie zabrakłoby na niej takich, w którym jednoczącą religią miało być chrześcijaństwo – wystarczy pomyśleć o polityce Konstantyna czy projekcie józefińskim.

Jezus i naród

Powróćmy do Izraela. Już u niektórych proroków zaczęły się pojawiać elementy krytyki tradycyjnej, plemiennej soteriologii, prowadzące na przykład do odrzucenia idei odpowiedzialności zbiorowej czy też do zwrócenia uwagi na rolę wewnętrznego przylgnięcia do Boga jako kryterium prawdziwej religijności.

Jezus pogłębił te wątki i zradykalizował krytykę tradycyjnego modelu. Kilka elementów jego nauczania możemy uznać za filary nowej soteriologii. Po pierwsze, chodzi o rewolucyjny obraz Boga jako Ojca radującego się bardziej z nawrócenia grzesznika (któremu przebaczenie ofiarowane jest bez związku z karą) niż z wierności sprawiedliwych. Po drugie – Jezus odrzuca przyczynową zależność między grzechem indywidualnym czy dziedziczonym a doczesną pomyślnością, zdrowiem etc. Po trzecie – to odpuszczenie grzechów i przemiana serca jest właściwym zbawieniem, znacznie istotniejszym niż zdrowie czy bogactwo. Po czwarte – wartość kultu i prawa zostają zrelatywizowane na rzecz wiary i dobra, które rozpoznaje człowiecze sumienie.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • Jurek
    09.10.2010 13:37
    Pamiętam jeszcze niedawno był w Gościu Niedzielnym artykuł o tym jak Kolumbia przyjęła Jezusa Chrystusa jako Króla swojego Narodu - artykuł pełen pochwał, gloryfikacji i stwierdzeń w stylu "szkoda że nie u nas"... a tu pstryk i jak piszemy o marszu w Polsce - nagła krytyka, stwierdzenia że Pan Jezus by nie chciał...?! Trochę więcej WIARY portalu "Wiara".
  • ka19
    09.10.2010 20:31
    nie mi oceniać ten wykład pod względem teologicznym,jednak autor zdaje się popełnił błąd. Ogłoszenie Chrystusa Królem ma zupełnie inny niż tylko narodowy wymiar.Dla mnie-zwolennika Intronizacji Chrystusa-Króla Polski można to porównać do swego rodzaju intronizacji Maryi na Królową Polski w ślubach lwowskich króla Jana Kazimierza. Choć Chrystus jest Królem bez względu na ogłoszenie to wydaje mi się niezmiernie istotne wskazanie poddanych kto jest ich Królem.To,że ma być królem Polski NIE STOI W SPRZEDZNOŚCI,ABY OGŁOSIŁY TO SAMO INNE NARODY.Kolumbia ogłosiła kilka lat temu i powiem szczerze,że widać ogromne zmiany,które tam się dokonały-kiedy ludzie mają takiego władcę i mogą do tego się odwołać. Dochodzi kolejny aspekt: objawienia.Bóg mówi kiedy chce,jak chce i przez kogo chce-czy się to komuś podoba czy nie.Nie widzę w tych objawieniach sprzeczności z Pismem św,ale jako laik,chętnie wsłucham się w wywody mądrzejszych-TEN TEKST NIE POKAZUJE TAKICH SPRZECZNOŚCI,a raczej niezrozumienie do końca tematu przez autora.Tak to odbieram.Nie rozumiem dlaczego jest wsród duchownych tak różne podejście do tej kwestii-teoretycznie każdy duchowny powinien pragnąć,aby Chrystus był ogłoszony królem wszędzie.Wyjaśniając niuanse sprawy-jak onegdaj też "Gość"prezentował grupyinaczej pojmujące królowanie Chrystusa od których należałoby się trzymać dalej,ale z podaniem przyczyn-dlaczego.W tym tekście odczuwa się negowanie wogóle tej ideii.I tego nie rozumiem-dlaczego teoretycznie i praktycznie tylu kapłanom i biskupom przeszkadza Jezus Chrystus?Szkoda.Pozostaje modlitwa.
  • Katarzyna
    09.10.2010 20:58
    Czemu mnie nie dziwi taki artykuł w TP? Niedługo nie będzie wypadać mówić o wybranym narodzie, bo przecież Bóg "nie był zainteresowany walką o wyzwolenie narodowe". A wyprowadzenie z ziemi egipskiej, z domu niewoli to tylko mit, który nie interesował Chrystusa. A Ziemia Obiecana to dopiero w niebie? Tylko co zrobić jeszcze z wiarą w Trójcę Świętą?
    Jak ja lubię naginanie teologii do potrzeb politycznych. To zaczyna być nawet zabawne, ale nie nowe.
  • Anna
    10.10.2010 13:45
    Dla mnie te wszystkie marsze na intronizacją są po prostu ośmieszające dla idei królowania Chrystusa w naszych sercach.Chrystus będzie Królem Polski,gdy będzie Królem Polaków.Czy większość z nas pozwoliło Mu królować w naszym życiu?Mocno wątpię.Najpierw się nawróćmy,kochani.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Pobieranie...