Matka „Solidarności” na marginesie życia politycznego

Przegląd Powszechny 7-8/2010 Przegląd Powszechny 7-8/2010

Strajk wyniósł jego przywódcę Wałęsę. Wyniósł i Walentynowicz. Obok Wałęsy stała się najpopularniejszą i najbardziej znaną postacią związku. Niemal ikoną, choć sama nie lubiła tego określenia. Gościła w brytyjskim parlamencie, u premiera Francji. W Holandii została Kobietą Roku…

 

Anna Walentynowicz (1929-2010)

Gdy zadzwonił do mnie naczelny „Przeglądu Powszechnego”, ks. Krzysztof Ołdakowski, z propozycją napisania sylwetki Anny Walentynowicz poprosiłem o czas do namysłu. Wahałem się i chciałem odmówić. Z kilku powodów.

Panią Anię, bo tak wtedy o niej mówiono, poznałem w Stoczni Gdańskiej 17 sierpnia 1980 r. Do dziś mam przepustkę Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego z jej podpisem, obok którego widnieje podpis Lecha Wałęsy. Poznawałem ją lepiej, pracując do stanu wojennego w centrali „Solidarności” w Gdańsku, a w wolnej Polsce odwiedzając ją już jako dziennikarz.

Nie jest łatwo przedstawić taką postać, z tak bogatym, a zarazem skomplikowanym życiorysem. Zwłaszcza w obliczu ciągle żywej w duszy tragedii smoleńskiej, po której dodatkowo mieliśmy i mamy do czynienia z naturalną niekiedy, ale i niekiedy instrumentalną mitologizacją wydarzeń oraz tragicznie zmarłych osób. A przecież powinnością nie tylko historyka ale i dziennikarza winna być rzeczowość.

Decyzję „ na tak” przeważył prof. Andrzeja Friszke. Napisz po prostu co wiesz, czego byłeś świadkiem. Inni nie mają wahań – zwrócił mi uwagę Andrzej.

Właśnie ukazuje się książka jej poświęcona, autorstwa specjalisty od teczkowej historii Sławomira Cenckiewicza. Pisząc tekst do „Przeglądu”, nie znam jej treści. Wedle zapowiedzi ma mieć tytuł „Anna Solidarność”. Choć jeszcze niedawno Cenckiewicz wolał określenie „Matka Solidarności”. I ja je również wolałem i wolę, bo niewątpliwie była ona matką „Solidarności”.

Przy okazji dwudziestej rocznicy odzyskania wolności Cenckiewicz i podobni zauważyli, że Walentynowicz nie mieściła się w micie założycielskim III RP. Czy było to tylko zwykłe stwierdzenie? Czy też ironia? Cóż, Pani Ania nie mogła się mieścić w tym micie, bo konsekwentnie odrzucając akt założycielski III RP, sama tego nie chciała. Ale idąc tym tropem mitów, nie można oprzeć się też innej refleksji – IV RP uhonorowała ją najwyższym polskim odznaczeniem Orderem Orła Białego, ale jej ikoną lub symbolem też się nie stała.

Jakie zatem było życie Anny Walentynowicz?

Wdzięczność Polsce Ludowej

Anna Lubczyk urodziła się w Równem na Wołyniu. Rozpoczynająca się wojna gwałtownie wpłynęła na jej dzieciństwo. W wieku dziesięciu lat straciła rodziców, brata wywieziono w głąb Rosji. Edukację zakończyła na czwartej klasie szkoły podstawowej. Została przygarnięta przez obcych ludzi, którzy traktowali ją niemal jak służącą. Wraz z nimi znalazła się pod Warszawą. Później pracowała w gospodarstwie rolnym pod Gdańskiem. A pracowała ciężko, doświadczając biedy, krzywd i upokorzeń. Wspominała o Bożym Narodzeniu spędzonym w zabudowaniach gospodarczych, samotnym płaczu z bezsilności gdzieś w polu. Niewątpliwie te wszystkie trudne doświadczenia wyczuliły ją na ludzką krzywdę i niesprawiedliwość.

Młodą dziewczynę, która doświadczyła tylu trudów, uwiodła Polska Ludowa. Jesienią 1950 r., wspomina, wzruszyło mnie krzyczące z murów hasło „Młodzież buduje okręty” i zapisałam się na kurs spawacza, uczyłam się z zapałem i byłam wdzięczna Polsce Ludowej, że pozwala mi pracować i żyć. Tak trafiła do Stoczni Gdańskiej. Stała się znanym przodownikiem pracy wykonującym 270 proc. normy, jej zdjęcia trafiły do gazet. Jak wspominała, chciała dać z siebie wszystko: Żeby moja praca służyła marynarzom, żeby dawała im gwarancję bezpieczeństwa.

Niebawem znalazła się w szeregach młodzieżowej przybudówki partii komunistycznej Związku Młodzieży Polskiej. Ważne, że czułam się w pełni człowiekiem i byłam wdzięczna państwu, które tak wiele i pięknie mówiło o równości i sprawiedliwości – wyjaśniała motywy wstąpienia do ZMP. W 1951 r. pojechała na Światowy Festiwal Młodzieży i Studentów w Berlinie, i wtedy po raz pierwszy zetknęła się z kłamstwem, z tym, że jej organizacja każe okłamywać innych. Po powrocie nie pozwolono wspominać, że ktoś w Berlinie wybrał azyl polityczny. Tym tłumaczyła wystąpienie z ZMP. Chcąc jednak nadal działać, wstąpiła do Ligi Kobiet Polskich.

W 1952 r. urodziła syna, Janusza. Żyjąc w mniej niż skromnych warunkach, wychowując samotnie dziecko, napisała list do ówczesnego przywódcy PRL Bolesława Bieruta zadając jedno pytanie: Czy mam zginąć z tym dzieckiem, jak bezdomny pies? W 1964 r. wyszła za mąż za wieloletniego kolegę, Kazimierza Walentynowicza. Nigdy nie ukrywała, że był to wybór z rozsądku, a uczucie przyszło później.

 

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama