Bardzo zdrowe ćwiczenie

Tygodnik Powszechny 42/2012 Tygodnik Powszechny 42/2012

Musimy sprawić, aby wewnątrz Kościoła ludzie potrafili się słuchać. Nie potrzebujemy Kościoła, którym kierują głusi. Z ks. Johnem W. O’Malleyem rozmawia Marcin Żyła

 

MARCIN ŻYŁA: Kościół, w którym ksiądz stoi tyłem do wiernych i odprawia liturgię w niezrozumiałym języku – czy tak wyglądałyby dziś katolickie nabożeństwa, gdyby nie Sobór Watykański II?

JOHN W. O’MALLEY SJ: To wcale nie jest takie oczywiste. Jeszcze przed Soborem rozpoczęto wprowadzanie zmian do liturgii – kiedy biskupi zjechali w 1962 r. do Watykanu, ten proces już trwał. Najważniejsze dokumenty o liturgii były przetłumaczone z łaciny. Kościół był po zmianach dotyczących obchodów Wielkiego Tygodnia, które w latach 50. XX w. wprowadził Pius XII.

Co takiego zdarzyło się na początku lat 60., że konieczne stało się zwołanie nowego soboru?

Za wszystkim stał Jan XXIII, który dysponował doświadczeniem współczesnego mu świata, jakiego nie miał przed nim żaden inny papież. W czasie I wojny światowej był kapelanem wojskowym. Następnie został delegatem apostolskim w Bułgarii, w której dominującą religią było prawosławie. W latach 30. przebywał w Stambule, gdzie przeważali muzułmanie. Podczas II wojny światowej pomagał uchodźcom żydowskim. Był świadkiem problemów, co do których nabrał przekonania, że Kościół powinien się do nich jakoś odnieść – mam tu na myśli m.in. izolację od innych religii, a także wyznań chrześcijańskich czy wreszcie: nowoczesnego świata w ogóle.

Jednym z najwspanialszych dokonań Soboru było właśnie to, że Kościół uznał za swoją misję pojednanie między religiami. A w kolejnych latach stał się także promotorem praw człowieka, zwłaszcza tych dotyczących wolności religijnej. Jan Paweł II był znany z dialogu z żydami – ale przecież dokonał równie wiele w celu zmniejszenia różnic, które dzieliły dotąd katolików z muzułmanami. Wszystko to można uznać za efekt Vaticanum II.

Katolicy o nieco bardziej konserwatywnym temperamencie obwiniają jednak Sobór za większość kłopotów, z którymi dziś boryka się Kościół. Czy zdają sobie sprawę z tego, w którym punkcie by się znajdowali, gdyby nie zmiany soborowe?

Z całą pewnością nie – a to dlatego, że wiele reform, które wtedy zainicjowano, szybko stało się częścią codziennego życia chrześcijan na całym świecie. Na przykład w USA przed Soborem nie było możliwości wzięcia ślubu z osobą wyznającą inną religię chrześcijańską. Dziś nikomu nie przychodzi do głowy, że mogłoby to stanowić jakikolwiek problem. Zapomnieliśmy o zmianach, ponieważ wydaje się nam, że Kościół, jaki znamy, był taki od zawsze.

Był Ksiądz świadkiem Soboru. Co Ksiądz zapamiętał z ulic Rzymu?

Jako student zbierałem wtedy w Rzymie materiały do pracy dyplomowej. Pamiętam zdziwienie i szok, które przeżyłem, gdy uświadomiłem sobie, na czym polega powszechność i uniwersalność Kościoła. W czasie obrad reprezentowanych było 160 krajów. Była to niesamowita, barwna mieszanka kultur całego świata – katolicyzm w swoim najlepszym wydaniu. Nie dało się wyjść na ulicę i nie natknąć na biskupów, wśród nich np. na hierarchów z Kościołów wschodnich w oryginalnych strojach.

Tamte dwa lata w Rzymie były dla mnie bardzo poruszającym przeżyciem. W jednym z pierwszych dokumentów Soboru, Konstytucji o Liturgii Świętej, wspomniano, że Kościół jest otwarty na symbole, rytuały i tradycję każdej kultury – jeśli tylko nie są one związane z zabobonem. Była to ważna deklaracja, zważywszy na to, że przez stulecia katoliccy misjonarze pracujący na innych kontynentach propagowali nie tylko religię, ale i zachodnią kulturę. Dopiero soborowe zmiany w liturgii zmusiły ich do zwrócenia uwagi na miejscowe kultury i zwyczaje.

Mimo to wielu katolików na świecie ciągle patrzy na Kościół niejako z zewnątrz, jako na odrębną instytucję, od której trzeba się dystansować.

To prawda. Sobór dążył do pełnej jedności wszystkich katolików. Niestety, jak dotąd nie udało się tego zrealizować w praktyce. Także niektóre instytucje kościelne w latach posoborowych zdawały się chronić biurokrację i zawistnie spoglądały na każdą próbę pozbawienia ich wpływów. Myślę, że Watykan powinien intensywnie promować wizję Kościoła powszechnego, przekonanie, że stanowi go przede wszystkim Lud Boży.

Co jednak Kościół może w tej sprawie zrobić?

A co ma pan teraz na myśli, mówiąc: „Kościół”?

Zacznijmy od Kościoła-instytucji.

Jako instytucja powinien zwiększyć zaangażowanie katolików na poziomie lokalnym – przykładać większą wagę do tego, aby proboszczowie znajdywali się blisko swoich parafian. Podobnie – na wyższym poziomie – biskupi powinni być bardziej wyczuleni na problemy, potrzeby i oczekiwania księży diecezjalnych. I przedstawiać je w Watykanie w taki sposób, aby rozumiano tam potrzebę pracy na rzecz ich rozwiązania.

A Kościół-wspólnota wiernych?

Musimy podtrzymywać w sobie wiarę w to, że Kościół jest właśnie wspólnotą, która żywo dotyczy każdego, kto w nim uczestniczy. I dążyć do tego, aby ta wiara miała potem przełożenie na rzeczywistość.

Jak dotąd nie udało się zasiać wśród katolików świata przekonania, że są częścią jednej i tej samej wspólnoty. Czy to porażka Soboru Watykańskiego II?

Nie winiłbym za to Soboru. Trwał tylko cztery lata i myślę, że zrobiono wtedy wszystko, co się w tej sprawie dało uczynić. W dokumentach Vaticanum II zapisano, że wierzący są wspólnotą wybraną przez Boga. Problem tkwi bardziej w tym, co nastąpiło po Soborze – pewnej nieudolności wytłumaczenia tego, na czym ma teraz polegać Kościół.

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama